czwartek, 23 października 2014

Rozdział 3

- Dobra a teraz na serio. Co ci? - zapytała zamykając za mną drzwi
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - powiedziałam siadając na jej łóżku. Pokój był urządzony w stonowanych barwach. Na podłodze leżał kremowy, puszysty dywan. Ściany były kremowe z niebieskimi i brązowymi paskami przy rogach, sufit był błękitny, meblościanka, toaletka, szafa, mały stolik do kawy i biurko były z jasnego drewna. Łóżko stało pod ścianą w rogu pokoju było jednoosobowe, przykryte jasnobrązowym polarowym kocem i czterema kwadratowymi poduszkami po dwie w jednym rogu. Jedna brązowa druga kremowa. Przed nim stał stolik do kawy. Meblościanka z małym telewizorem i mnóstwem różnych książek stała przy prostopadłej ścianie do łóżka, obok niej stała szafa. Pod oknem stało biurko i krzesło obrotowe. W rogu koło drzwi stała toaletka. Aylin usiadła obok mnie.
- Jak ty to robisz?. - zapytałam
- Co jak robię? - zdziwiła się. Upiłam łyk herbaty
- To że wiesz jak mam zły humor lub czymś się martwię.
- Sama nie wiem. Tak jakoś...
- Ale jakby tego było mało to emanujesz jakąś dziwną aurą spokoju chociaż nie mało w życiu przeszłaś. Jak to się dzieje?
- Pytaj mnie a ja ciebie. - uśmiechneła się
- A nie ciekawi cię dlaczego tak jest i kiedy się to zaczeło? - ja byłam tego strasznie ciekawa ale mojej przyjaciółce ta informacja nie była niezbędna do życia, mi nawiasem mówiąc też nie ale i tak chciałam to wiedzieć.
- Czasami chciałabym to wiedzieć ale co by mi to dało. Przecież i tak bym tego nie zmieniła bo jak?
- A po co to zmieniać? J też bym chciała być wyjątkowa.
- Jesteś wyjątkowa. - powiedziała - Czasami ten ,,dar'' mnie strasznie wkurza bo gdziekolwiek nie pójdę to wiem jak dana osoba się czuje i mimowolnie sprawiam że jakby część mojego spokoju przechodziła na tą osobę a mimo to mi go nie ubywa.
- Wiesz nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. - przyznałam
- A ja tak i to nawet bardzo często.
 - Dobra zmieńmy temat. - powiedziałam wesoło
- Ok to o czym pogadamy? - zapytała
- Hmm... pokaż mi zdjęcia znad jeziora. Jeszcze ich nie widziałam.
- Dobra. - powiedziała biorąc laptop z biurka. Przysunełam stolik bliżej łóżka. Po kilku sekundach oglądałyśmy zdjęcia. Co jakiś czas się zatrzymywałyśmy.
-  O, o, o pokaż to poprzednie. - powiedziałam. Szatynka cofneła zdjęcie. Była na nim ona sama. Siedziała na jakiejś pięknej łące pełnej chabrów bokiem do aparatu. Na horyzoncie zachodziło słońce. Była ubrana w białą, zwiewną sukienkę, wiatr bawił się jej włosami i rozwiewał je na prawą stronę.
- Wow jakie super. Ustaw je jako zdjęcie profilowe na facebooku. - powiedziałam nie mogąc się napatrzeć na to zdjęcie
- Czy ja wiem...
- Ja wiem. Pięknie na nim wyszłaś.
- Ok zastanowię się. - powiedziała przewijając kolejne zdjęcia. Później zatrzymywałyśmy się na niektórych zdjęciach jej rodziny i znajomych. Czas tak szybko nam zleciał że dopiero kiedy mama Aylin zawołała nas na obiad dotarło do nas jest już 13,00. Po skończonym posiłku Aylin zamkneła folder ze zdjęciami i wpisała hasło zamykające jej pliki. Laptop zaniosła swojemu bratu.
- Idziemy do parku, później pójdę odprowadzić Elif na przystanek. - powiedziała do swojej mamy.
-  Do widzenia pani. - powiedziałam
- Do widzenia, do widzenia Elif. - odpowiedziała. Na klatce schodowej  spotkałyśmy Marka.
- Cześć dziewczyny. - powiedział
- Cześć. - powiedziałam
- Hej. - brukneła Aylin nawet na niego nie patrząc
- Dokąd idziecie?- zapytał
- Do parku. - powiedziała Aylin
- Chce wam się? Park jest kawałek drogi z tond. - odparł brunet
- I co z tego? Mały spacer dobrze nam zrobi. - powiedziała Aylin
- Ok jak chcecie. Na razie.- odparł i poszedł na górę po schodach.
- Co cię ugryzło? - zapytałam moją przyjaciółkę
- Nic. - powiedziała. Wyszłyśmy z korytarza i skierowałyśmy się w stronę parku. Dotarcie tam od domu Aylin trwało dobre półgodziny.
- To czemu byłaś dla niego taka wredna? - drążyłam temat
- Bo to pozer, a ja nie cierpię takich ludzi.
- Od kiedy?
- Od zawsze.
- Zrobił ci coś?
- Można tak powiedzieć...
- Czyli?
- Kiedyś robił popisówkę na rowerze przed tą laską z wymiany i ja jechałam na rolkach. Ten debil wjechał na mnie i jeszcze miał pretensje że mu podryw nie wyszedł.
- A może po prostu byłaś zazdrosna? - powiedziałam
- Pff... jeszcze czego. O tego idiotę? - zadrwiła
- Może idiotę, ale za to jest ładny.
- Znam ładniejszych i mądrzejszych od niego.
- Uuu... masz jakiś potencjalny obiekt westchnień? - zaciekawiłam się
- Nie. - odparła
- No weź ktoś musi ci się podobać.
- Jest taki jeden, podoba mi się z wyglądu... - zarumieniła się
- Opowiadaj. - zachęcałam ją
- Ma na imię Michał, jest wysokim brunetem o brązowych oczach. Lubi czytać, trenuje sztuki walki i gra na gitarze.
- Ooo... to fajny... - uśmiechnełam się - Ale ja go chyba nie znam.
- Nie, nie znasz. Spotkałam go jak szłam ze znajomymi do pizzerii. Jest dobrym kumplem Derka.
- Derka znam.
- Tak wiem. A w ogóle to czemu gadamy o chłopakach? To nie w naszym stylu. - powiedziała zielonooka
- Tak jakoś wyszło. - zaśmiałam się
- Jeszcze dwa tygodnie i Kasandra wyprawia swój urodzinowy bal. Zaprosiła całą naszą klasę. - westchneła szatynka
- Taa... i pomyśleć że kiedyś kolegowałam się tą pustą blondyną. - powiedziałam
- Ja też i co z tego. Kiedyś była bardzo fajna, ale do czasu gdy jej ojciec nie założył własnej firmy i nie stali się bogaci. Teraz kumpluje się z elitą.
- Ano... pieniądze zmieniają ludzi...
- No.
- A w co my się ubierzemy? - zapytałam - Nie chce się ośmieszyć.
- Ja też nie. Coś wymyślimy.
- Na zaproszeniu pisało że suknia o długości co najmniej do kolan. - powiedziałam
- Tak pamiętam. Może pójdziemy w długich sukniach? - zapytała Aylin
- A jak w niej będziesz tańczyć?
- Normalnie, ale ważniejsze jest kogo ze sobą weźmiemy.
- Że co? - zdziwiłam się
- Mamy przyjść z osobą towarzyszącą.
- O nie. - pacnełam się otwartą dłonią w czoło, na co szatynka się zaśmiała - Nie mam kogo zaprosić - dodałam
- Ja też nie
- Błagam cię, ty możesz zaprosić Michała, chyba że ma dziewczynę.
- Nie ma. - odparła
- No widzisz. Znasz jakiegoś chłopaka co nie ma dziewczyny a jest w miarę fajny? - zapytałam z nadzieją. Przecież Aylin zna dużo ludzi
- Tak. Jest taki jeden. Ma na imię Dann, jest szatynem o brązowych oczach.
- Super masz z nim jakiś kontakt?
- Mam jego numer telefonu a poza tym widziałam się z nim w zwszłym tygodniu na mieście.
- To super. Zadzwoń do niego. - poprosiłam - Wiesz co? Chyba zacznę chodzić z tobą na te twoje spotkania ze znajomymi. - zaśmiałyśmy się. Dalszą drogę przegadałyśmy na temat sukni na urodziny Katriny. Ustaliłyśmy że będą przed kolana w odcieniu fioletu, a Aylin ma ubrać różową suknię.

***

Gdy doszłyśmy do parku postanowiłam podzielić się z Elif tym że pojadę z nią na tą wycieczkę.
- Zastanawiałam się nad tym dość długo i stwierdziłam że raczej pojadę z tobą na tą wycieczkę. - powiedziałam
- Raczej? - zapytała Elif
- No jedź ze mną to będzie jedna z największych przygód naszego życia. Zobaczysz wszystko się zmieni. - Co niby? - zapytałam
- Sama nie wiem.
- To skąd wiesz że tak będzie?
- Tak myślę. - uśmiechneła się
- Ok. Pojadę.
- Tak! - krzykneła - Nawet nie wiesz jak się cieszę. - przytuliła mnie.
- Jestem ciekawa jak będzie wyglądać ta wycieczka... - zamyśliłam się
- Ja też. - stwierdziła.
- Cóż dowiemy się na miejscu. - powiedziałam z uśmiechem
- To na pewno. - powiedziała Elif. Czas spędzony w parku bardzo szybko nam zleciał. Ani się nie obejrzałyśmy i była już 14,20 a o 14,45 Elif miała autobus do domu. Dość szybkim krokiem zmierzałyśmy na przystanek. Nie czekałyśmy długo i moja przyjaciółka odjechała. Wsadziłam do uszy słuchawki i włączyłam folder z ulubionymi piosenkami. Muzyka dodawała mi sił i chęci na dalekie spacery. Gdy doszłam do domu jeszcze chwilę rozmawiałam z mamą.
- Wycieczka jest dwa dni po balu u Kasandry, muszę wziąść ze sobą jakieś pieniądze, a w kantorze wymienię nasze pieniądze na te Afrykańskie.
- Tak wiem kochanie. - stwierdziła mama
- Ale spokojnie. Przecież zarabiam pieniądze i na pewno mi wystarczy, a wam też coś zostawię. - powiedziałam
- A co z sukienką na bal? - zapytała. Chwilę myślałam nad odpowiedzią. No tak bal. Co ja na siebie włożę? Może uszyję ją sobie sama. Mama kiedyś była krawcową i mamy jeszcze jakieś materiały.
- Uszyję.- powiedziałam
- Nie wiem czy starczy ci materiału.
- Nie musi to być jeden kolor. - stwierdziłam
- No tak, ale nie mogą to być same łaty. - zażartowała mama
- Nie jestem aż tak złą krawcową. - powiedziałam udając obrażony ton.
- Tak wiem. Masz już jakiś pomysł?
- Najpierw muszę zobaczyć jakie mamy kolory.
- To chodź. - powiedziała biorąc klucze od strychu. Na miejscu zobaczyłam mnóstwo kolorowych kawałków materiałów wybrałam ciemnoróżowy i fioletowy, tego koloru było więcej. Wrzuciłam wszystkie materiały do pralki. Wziełam do ręki mój szkicownik, do którego niezbyt często zaglądałam. Narysowałam wstępne projekty sukienek. Postanowiłam że następnego dnia wezmę się za szycie. Była godzina 17,00 . Nie miałam pomysłu na spędzenie reszty dnia. Włączyłam mojego laptopa, przeglądałam strony internetowe i natknełam się na stare legendy i różne historie. Poczytałam trochę na ten temat i wyłączyłam tę stronę. Nagle mnie olśniło. Weszłam na stronę internetową firmy zajmującej się wycieczką na którą mam jechać. Foldery i zdjęcia pokazywały rozmaite atrakcje z których wkrótce będę korzystać. Nim się obejrzałam zegar pokazywał 21,17. Poszłam do kuchni uszykować sobie kolację, następnie się wykompałam i poszłam spać. Następnego dnia rano około 5,00 musiałam wstać aby na 8,00 być w pracy, jazda rowerem trwała z dwie godziny. Spakowałam do plecaka stare ubrania, kanapki które wczoraj zrobiła mi mama i butelkę wody mineralnej. Z piwnicy wyciągłam rower i ruszyłam w drogę. Niestety skończył się weekend i zaczynała się praca. Z jednej strony wkurzała mnie ta cała sytuacja, a z drugiej przynajmniej się nie nudziłam. Mama nie miała pracy, tylko alimenty na mnie i Zacka plus rodzinne. To było niecałe 1200 zł. Zgoda, dorabiała sobie jako krawcowa a to dawało jakieś 200 zł na miesiąc, ja pracując po szkole i czasami w soboty zarabiałam około 700 zł miesięcznie. Inaczej było w teraz, w wakacje. Pracując tam tam od poniedziałku do piątku od 8,00 do 17,00 zarabiałam około 1300 zł na miesiąc. Dzięki temu mieliśmy dość dobre warunki bytowe bo przeszło 2 tysiące. Nie żałowałam tego że pracuje w gospodarstwie. Miałam z tego mleko, jaja, sery, raz na jakiś czas mięso wieprzowe lub wołowe. Nie narzekałam. Dzień nie był za ciepły ale zimno też nie było. Po około dwóch godzinach byłam na miejscu.
- Dzień dobry. - przywitałam się z gospodynią
- Witam cię moja droga. - powiedziała
- Pójdę się przebrać i zaraz przyjdę. - powiedziałam kierując się do małego pomieszczenia przy szopie. była to przebieralnia dla pracowników. Ubrałam na siebie porządnie sprane spodnie z luźnego dżinsu, bluzkę na długi rękaw, czerwone tenisówki z lekko odklejoną podeszwą i szarą rozpinaną bluzę. Ubrania w których przyjechałam schowałam do szafki i kluczyk przewiesiłam sobie na szyji. Plecak z kanapkami i napojem wziełam ze sobą. Podeszłam do starszej kobiety która była żoną gospodarza co zatrudnia do pomocy ludzi i dość dobrze im płaci. W końcu 7 zł za godzinę to nie mało.
- Co mam zrobić? - zapytałam
- Mogłabyś iść z innymi dziewczynkami na pole powiązać snobki siana. - odpowiedziała kobieta
- Dobrze. - powiedziałam uśmiechając się do kobiety i poszłam na dość spore pole.
- Cześć dziewczyny. - powiedziałam do będących już tam dziewczyn
- Hej. - odpowiedziały chórem.
- To jak? Kilka z nas zbiera, reszta wiąże? - zapytałam
- Ok. - zgodziły się
- Kto co robi? - zapytała jedna z nich. Nie znałam ich imion, często nie rozmawiałyśmy.
- Ty, Olka i Kifa na pole zbierać słomę a my ją powiążemy. - powiedziała inna
- Ok. - zgodziłam się. Nie czekałam na nie, od razu zabrałam się do pracy. Nie powiem: było ciężko. Musiałam się schylać po tą słomę, zbierać ją i iść nie raz kawałek drogi aby zanieść to dziewczyną. Nie byłam pewna czy one przyjeżdżały tu z przymusu czy dlatego że chcą więcej kasy na swoje wydatki. Trochę mnie to wkurzało, ale cóż mogę na to poradzić. Ludzie są jacy są... a ja nie mogę ich zmienić i szczerze mówiąc nawet mi się nie chce... to daremny trud, bo oni prędzej czy później zrobią swoje. Zaczeło się powoli ściemniać. Oczywiście i tak nie zdążyliśmy wszystkiego zrobić i jutro - a może nawet więcej dni - będziemy kontynuować. Spojrzałam na ten kawał pola co nam został. O ludzie... westchnełam.
Gospodarz zaczoł dzwonić takim wielkim dzwonem co stał na podwórku, dla nas oznaczało to koniec pracy. Szlak - pomyślałam - przez to wszystko nic nie jadłam. Jestem głodna. Złapałam się za mój burczący z głodu brzuch. Ych... takie są skutki myślenia o głupotach... zaśmiałam się w duchu. Myślę i myślę, pracuję i pracuję i w końcu nic nie zjem.
Droga powrotna do domu mineła mi zaskakująco szybko. To pewnie dlatego że prawie cały czas myślałam o nadchodzącym balu i prawie - jak to ja - wpadłam pod samochód. Zapomniałam że za wiaduktem jest zakręt i pojechałam środkiem ulicy. Prawie mnie potrącił, ale dzięki mojemu refleksowi - i trąbieniu kierowcy - udało mi się wyjść z tego bez szwanku i szybko zjechać na pobocze. Gdy dotarłam do domu od razu poszłam się wykąpać i spać. Rano już skręcało mnie z głodu. Szybko się ubrałam i poszłam zjeść porządne śniadanie. Następne dni mineły bardzo monotonnie, aż w końcu nadszedł weekend, moja ulubiona pora tygodnia. Leniwie otworzyłam oczy i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie wskazywał że jest przed 10,00. Przekręciłam się na drugi bok i przeciągle ziewnełam. Nie miałam zamiaru tak wcześnie - jak na moje możliwości to wcześnie -wstawać. Ale nie dane mi było długo poleniuchować, gdy miałam przed oczami piękny sen - nie pamiętam o czym - do mojego pokoju wparowała Elif i bezczelnie zrzuciła mnie z łóżka mówiąc ,, Co ty jeszcze w łóżku robisz?! Całe życie prześpisz!'' i tak oto od rana miałam zły humor i nie miałam zamiaru przekonywać nikogo że jest inaczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz