- Odzyskam cię moja piękności, ale na razie muszę się napić. Z polowania nic nie wyszło, co prawda napiłem się trochę krwi dziewczyny, lecz to mi nie wystarczy, na szczęście jest jeszcze Brayan i to jego sumienie. Powinien mieć jakieś woreczki krwi w lodówce. - zszedłem na dół, w kuchni siedział mój współlokator ze szklanką w ręce
- Co tam Will ? - zapytał
- Potrzebuję krwi, a jak powszechnie wiadomo ty wolisz tę z woreczków niż prosto od ludzi więc pomyślałem, że mógł bym dziś skorzystać z twojego zapasu.
- Zapomniałem, że twoje dzisiejsze łowy nie do końca się udały. W lodówce są jeszcze dwa worki. A wracając do dziewczyny, wiesz chociaż jak ma na imię ?
- Nie ale dowiem się kim jest, pewnie ma dom gdzieś w okolicy. - odpowiedziałem przelewając wyciągniętą przed chwilą krew do kubka
- Jest aż tak wyjątkowa ?
- Owszem i nie chodzi tu tylko o wygląd. Poczułem jak jej dusza mnie przyciąga.
- Wiesz, że Kris nie odda dziewczyny po dobroci. Rozpęta się wojna, a twój brat ma wielu sprzymierzeńców.
- Ja też nie jestem sam, ale mimo to wolał bym walczyć z nim tylko w ostateczności. Na razie będę działać po cichu i mam nadzieję, że mi pomożesz Brayan. - powiedziałem patrząc mu prosto w oczy. Chwilę się zastanawiał, lecz w końcu powiedział :
- Zgoda pomogę ci, ale jeśli w którymś momencie będzie się to wiązało z rozlewem krwi niewinnych, nie będziesz już mógł na mnie liczyć. -odpowiedział z powagą w głosie
- Umowa stoi, nie karzę ci zabijać ludzi, chociaż nie pojmuję jak możesz woleć krew z worków zamiast pić bezpośrednio od nich.
- Ponieważ zachowałem część swojego człowieczeństwa. - kiedy Brayan to mówił poczułem ukłucie w środku, czyżby zabolały mnie jego słowa ? To niemożliwe ja nie mam uczuć.
- Tak, tak człowieczeństwo ... - zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem - to przereklamowane.
- Wcale nie, sam się przekonasz Will. Oby nie za późno. - powiedział Brayan i wyszedł z kuchni. Wróciłem do swojej sypialni i położyłem się na łóżku obmyślając plan działania.
***
- Twoje życie nie będzie już wyglądać tak samo. Będziesz musiała się wiele nauczyć Syntio, ale może najpierw chcesz się odświeżyć ?
- Chętnie, tylko jest jeden problem.
- Jaki ?
- Nie mam ubrań na zmianę.
- Nic się nie martw. Idź weź kąpiel, a ja w tym czasie skoczę do sklepu i kupię jakieś ubrania. - powiedziałem uśmiechając się do Syntii
- Dziękuję, powiedz mi jeszcze gdzie jest łazienka ?
- Jasne, jak wyjdziesz z pokoju pierwsze drzwi po prawej. Nie spiesz się, przeszłaś ciężką przemianę, powinnaś się zrelaksować i odpocząć. A ja znikam. - odpowiedziałem i przeniosłem się do centrum miasta
***
- Wow, naprawdę zniknął. Ciekawe czy ja też będę tak mogła ? - zastanawiałam się idąc do łazienki. Pomieszczenie było dosyć spore, wyłożone płytkami koloru kawy z mlekiem. Przy ścianie po prawej stała umywalka umieszczona w czarnej szafce z podwójnymi drzwiczkami, a nad nią wisiało olbrzymie owalne lustro. W lewym rogu łazienki stała również owalna wanna z wierzchu osłonięta czarnym drewnem. Nad nią wisiała półeczka z płynami do kąpieli. Wzięłam ten o zapachu fiołków i wlałam trochę do wanny. Podczas gdy woda się lała ja zdjęłam brudne ubrania i podeszłam do lustra aby jeszcze raz ocenić swój nowy wygląd. Moje włosy nabrały blasku, dostrzegłam również czerwone pasemka. Skóra była bledsza, na klatce piersiowej w miejscu serca widniał srebrny znak w kształcie trzech połączonych spirali.
Z pleców wyrastały krwisto czerwone skrzydła, które swoją drogą zniszczyły mi bluzkę, rozdzierając ją na plecach.
- Jak ja będę z nimi funkcjonować ? Są takie duże, ale całkiem ładne. - mówiłam do siebie. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz swoje odbicie, przeraziłam się, lecz teraz jak ochłonęłam muszę stwierdzić, że wyglądam nieźle ... - przerwałam monolog dostrzegając, że wanna jest już wystarczająco wypełniona wodą. Weszłam do niej rozkładając skrzydła na zewnątrz. Było to niezbyt wygodne, gdyż nie mogłam się położyć.
- Mam nadzieję, że można chować te skrzydła. - siedziałam w wodzie rozkoszując się jej ciepłem i zapachem fiołków, lecz po pół godzinie zaczęła się ochładzać. Szybko umyłam włosy i ciało po czym wyszłam owijając się białym, miękkim ręcznikiem. Włosy zawinęłam w mniejszy. Podeszłam do drzwi i lekko je uchyliłam. Tak jak mówił Kris na progu stały trzy torby z ubraniami. Wzięłam je i weszłam z powrotem do środka. W pierwszej znajdowała się bielizna, oczywiście koronkowa.
- Faceci, wszyscy tacy sami. - powiedziałam pod nosem, ale nie miałam wyjścia musiałam ją ubrać. W drugiej torbie znajdowały się obcisłe, granatowe jeansy, a w trzeciej turkusowa bluzka z wyciętymi plecami i co mnie naprawdę zszokowało zrobiona z jedwabiu.
- Kris musi być naprawdę bogaty skoro stać go na takie ciuchy, znaczy to również, że musi obracać się w wyższych sferach. ciekawe czy wie kim jestem ? Jeśli nie, to nie będę mu na razie mówić, że jestem córką króla. - postanowiłam, wkładając spodnie i bluzkę, która dzięki wycięciu swobodnie leżała pod skrzydłami. Po wypuszczeniu wody, opłukaniu wanny i zabraniu starych ubrań wyszłam z łazienki. Na przeciwko niej stała Kris i uważnie mi się przyglądając powiedział :
- Wyglądasz znacznie lepiej, kąpiel i nowe ubrania czynią cuda.
- To prawda, ale z tą koronkową bielizną trochę przesadziłeś. - udałam złą
- Ładna dziewczyna, musi nosić ładną bieliznę. - odpowiedział uśmiechając się łobózersko
- Faceci ... - powiedziałam znowu, a Kris się zaśmiał po czym odezwał :
- Pewnie jesteś głodna, przygotowałem śniadanie.
- Chętnie coś zjem. - odparłam, ale nagle coś sobie uświadomiłam - Czekaj Kris, jeżeli ja jestem w połowie wampirem to nie muszę żywić się krwią ? - zapytałam, ostatnie słowo wypowiadając z odrazą
- Nie zauważyłem żebyś po przemianie odczuwała niepohamowane pragnienie. Podejrzewam, że dzięki temu, iż jesteś w połowie aniołem nie musisz pić krwi ale możesz. - odpowiedział
- Dzięki, wolę normalne jedzenie, a tak swoją drogą to co jest na śniadanie ?
- Naleśniki z czekoladą, sałatka owocowa i kawa.
- Kocham naleśniki. Prowadź do kuchni.
- Ok. - uśmiechnął się tylko i poszliśmy prosto korytarzem po drodze mijając pokój, w którym wcześniej byłam.
- Masz bardzo ładny dom. - stwierdziłam, siedząc przy stole kuchennym i przyglądając się jak ustawia talerze, sztućce i jedzenie
- Dziękuje choć podejrzewam, że nie widziałaś jeszcze wszystkiego. - odparł siadając na przeciwko mnie - Proszę częstuj się. - nałożył sobie na talerz naleśnik i trochę sałatki, zrobiłam to samo. Już po pierwszym kęsie stwierdziłam, że jest przepyszne.
- Widzę, że ci smakuje.
- Jeszcze jak ! - powiedziałam z pełną buzią sięgając po drugiego naleśnika a on się zaśmiał, co trochę mnie speszyło
- Nie krępuj się, bież ile chcesz, a kiedy zjesz oprowadzę cię po reszcie domu.
- Dobrze, w sumie to zaraz możemy iść bo już kończę. - odpowiedziałam dokańczając jeść sałatkę owocową. Kiedy odłożyłam widelec Kris pozbierał naczynia, włożył je do zmywarki i podszedł do mnie mówiąc :
- Na razie poznałaś dolną część posiadłości czyli mój pokój, łazienkę i kuchnie. Teraz zaprezentuję ci górę, a później przejdziemy do ogrodu.
- Ok, prowadź. - nie mogłam się już doczekać, a w szczególności ogrodu. Kocham kwiaty i inne rośliny ... tak jak mama. Z zamyślenia wyrwał mnie chłopak :
- Jesteśmy na górze, oto twój pokój. - otworzył przede mną brązowe drzwi i wskazał ręką pomieszczenie za nimi. Widok mnie powalił.
- Kris to nie pokój tylko komnata !
- No cóż jest trochę duży, ale stwierdziłem że będzie dla ciebie idealny. - w jego głosie usłyszałam lekki zawód. Pewnie myśli, że mi się nie podoba.
- Jest wspaniały. - kiedy to usłyszał uśmiech wrócił mu na usta - Nie spodziewałam się tylko, że dasz mi jak sądzę najładniejszy pokój w domu.
- Chcę abyś czuła się tu dobrze i komfortowo. A i masz własną łazienkę.
- Dziękuję, wiesz jesteś pierwszą osobą od dłuższego czasu, którą interesuje moje dobro.
- Nie masz za co dziękować, lepiej zapoznaj się ze swoją, jak to ujęłaś "komnatą" - posłał mi ciepły uśmiech i zniknął zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć. Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Wystrój wnętrza mnie oczarował. Ściany miały dwa kolory : Blue jeans i limonkowa zieleń. Za drzwiami po lewej stronie stała dębowa szafa, otworzyłam ją ale tak jak się spodziewałam była pusta. Następnie przeszłam do dużego łóżka, zaścielonego jasno-zieloną pościelą w kwiaty. Usiadłam na jego skraju, było miękkie i bardzo wygodne. Siedziała bym tak w nieskończoność, lecz moją uwagę przykuły drzwi na przeciwko zapewne do łazienki. Zajrzałam do środka, była równie przestronna jak ta na dole. Również z dużą białą wanną, ogromnym lustrem i umywalką, lecz ściany miała koloru wrzosu. Po wyjściu z łazienki postanowiłam iść na balkon, który dostrzegłam wchodząc do pokoju. Kiedy uchyliłam drzwi, poczułam przyjemne i ciepłe powietrze. Widok, jaki ujrzałam zaparł mi dech w piersiach. Przede mną rozciągał się przepiękny ogród, pełen kwiatów, drzew i z krótko przyciętą trawą.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. - usłyszałam głos Krisa, który stał w ogrodzie i patrzył na mnie
- Jest niesamowity. - odpowiedziałam z zachwytem - Sam dbasz o te wszystkie rośliny ? - zapytałam po chwili
- Przeważnie zajmuje się nimi mój przyjaciel Nathan, który jest ogrodnikiem, ale czasem każe mi po podlewać niektóre kwiaty i krzewy.
-Musisz być bardzo bogaty skoro stać cię na taki dom, ziemię go otaczającą i jeszcze te drogie ubrania, które mi kupiłeś. - stwierdziłam
- Przez ten czas spędzony na Ziemi dużo pracowałem i udało mi się zgromadzić pewien majątek. Chciałem mieć pewność, że jeśli kiedyś założę rodzinę, to niczego jej nie zabraknie.
- Zaskakujesz mnie, nie każdy mężczyzna postępował by tak jak ty. - Kris delikatnie się uśmiechnął
- Dobrze, dość już o mnie, zejdź na dół oprowadzę cię po ogrodzie.
- Ok zaczekaj chwilę, zaraz będę.
- Syntio, po co będziesz szła schodami skoro masz skrzydła ?
- Ale przecież ja nie umiem jeszcze latać ! - powiedziałam wystraszona
- Masz okazję spróbować się nauczyć, to nic trudnego. Rozłóż skrzydła i zacznij nimi machać. - poinstruował mnie cały czas się uśmiechając, zrobiłam jak kazał i po chwili unosiłam się nad podstawą balkonu. - Teraz wznieś się wyżej, omiń balustradę i zleć do mnie.
- A jak spadnę ? - coraz bardziej się stresowałam, co nie umknęło uwadze Krisa
- Nie bój się, jestem tu w razie czego złapię cię.
- No dobrze. - poruszyłam mocniej skrzydłami, za linię balkonu i spojrzałam w dół co było błędem. Nagle wydało mi się bardzo daleko do ziemi. Spanikowałam i zaczęłam spadać. Zamknęłam oczy nie chcąc widzieć swojego końca. Byłam tak przerażona przez co zorientowałam się dopiero po chwili, że nie czułam zetknięcia z ziemią.
- Może już umarłam ?
- Raczej nie, bo nie mógłbym być z tobą w niebie. - w moje myśli wdarł się głos Krisa. Otworzyłam oczy, znajdowałam się w jego ramionach.
- Złapałeś mnie. - powiedziałam z ulgą, a strach powoli ulatywał
- Mówiłem, że to zrobię. - postawił mnie na ziemi
- Dziękuję. - powiedziałam cicho i pocałowałam go. Na jego ustach zagościł uśmiech. - Czemu ja go pocałowałam ? Przecież prawie go nie znam !!! - zganiłam siebie w myślach
- Muszę częściej kazać ci latać. - stwierdził z łobuzerskim uśmiechem
- Więcej to się nie powtórzy. - na moje policzki wstąpił rumieniec
- Ale co skok z balkonu czy pocałunek ? - uniósł brew w pytającym geście
- Ani jedno, ani drugie. - odpowiedziałam i roześmiałam się z jego niby to "smutnej miny"
Liczę na komentarze :)
czwartek, 30 października 2014
środa, 29 października 2014
Rozdział 4
- Elif! Zabiję Cię! Jak chociaż raz mogę się wyspać to ty tu wpadasz i bezczelnie mnie wyrzucasz z mojego łóżka! - Krzyknęła nie raczej wydarła się Aylin.
- Też Cię kocham. - Powiedziałam z uśmiechem. Moja przyjaciółka prychneła.
- To co Cię sprowadza do mojego domu? - Zapytała tonem którego nie umiałam określić. Ale było w tym coś w stylu żartu, sarkazmu, wyrzutu i złości? Skąd ona umie mieszać tyle odczuć w jednym zdaniu?
- Nic wielkiego. - Powiedziałam siadając na jej łóżku.
- Czyli wpadłaś od tak sobie?
- Nie no skąd. Przyszłam bo mamy do zrobienia taki mały drobiazg jak nasze suknie na bal. - Powiedziałam patrząc w podłogę i ruszając naprzemiennie moimi nogami zwisającymi z łóżka. Po chwili ciszy, spojrzałam na Aylin, jej mina wyrażała BARDZO intensywne myślenie.
- Może odświeżę ci pamięć. - Powiedziałam wyciągając telefon z kieszeni. Szybko odszukałam wczorajszego smsa. - ,, Mam fajny pomysł. Moja mama jest krawcową i ja też umiem szyć, na strychu znalazłam fajne materiały i to z nich uszyjemy suknie. Wpadnij jutro to zaczniemy je robić. "- Przeczytałam.
- Aha już pamiętam. - Zaśmiała się szatynka.
- Dobra ubierz się i bierzemy się do pracy. - Powiedziałam. Dziewczyna wstała, zabrała z szafy niebieskie krótkie spodenki i białą bokserkę.
Po chwili była gotowa.
- Ok mam już kilka projektów na te suknie i wyprane materiały. - Powiedziała
- Ok. Jest twoja mama? - Zapytałam gdy już siedziałyśmy w salonie.
- Nie. Znalazła sobie pracę. Pracuję jako sprzątaczka w McDonaldzie. Wczoraj przywiozła nam hamburgery. Wstawić ci trochę do mikrofali?
- No pewnie. - Powiedziałam mój żołądek potwierdził moje słowa.
Po kilku minutach zajadałyśmy się ciepłym jedzeniem i popijałyśmy to Colą.
- Pokaż te projekty. - Powiedziałam gdy już naczynia były pozmywane. Zielonooka podała mi zeszyt z rysunkami. Były bardzo ładne, bo do pięknych trochę im brakowało, ale nie powiem, bez przeszkód mogłam stwierdzić, że ma dziewczyna talent. Jej suknia była skromna, gładka, bez wzorów i sięgała trochę przed kolana, moja natomiast była za kolana i miała mnóstwo gniecionego materiału.
- Wow . Dokładnie w naszym stylu, to znaczy każda w swoim. - Powiedziałam. Moja wyobraźnia już mi podpowiadała jak będziemy w tym wyglądać. Nawet nie nie zauważyłam kiedy Aylin przyszła z materiałami. Miała ich dużo, część w dużych, cześć w małych kawałkach, były to dwa kolory. Jeden ciemno-różowy, gładki i błyszczący, drugi fioletowy. Po chwili namysłu wzięłyśmy się do pracy. Robiłyśmy suknie do wieczora z przerwami na obiad. Były prawie skończone. Zostało do zrobienia z kilka detali. Aylin poszła odprowadzić mnie na przystanek, ustaliłyśmy, że jutro sama dokończy nasze kreacje. Po dotarciu do domu poszłam spać, była wtedy godzina 22,26. Obudziłam się około dziewiątej rano. Leniwie wstałam z łóżka. Podeszłam do okna, termometr wskazywał 31 ° C. Powlekłam się w stronę szafy, wyciągnęłam z niej białą spódniczkę do połowy ud i jasno-niebieską bluzkę na krótki rękaw. Moje czarne włosy uczesałam w wysoką kitkę, na nogi ubrałam białe sandały na lekkim koturnie. Po śniadaniu poszłam na spacer. Wsiadłam do autobusu który jechał o 11,00 i postanowiłam pojechać do miejsca otoczonego zielenią. W parku siedziało mnóstwo młodzieży. Szłam odrobinę zamyślona i w momencie gdy podniosłam głowę do góry aby spojrzeć na promienie słońca przedzierające się pomiędzy gałęziami drzew uderzyłam w coś twardego i ciepłego. Spojrzałam przed siebie i napotkałam wzrok cudownie brązowych oczu, odcieniem przypominały kolor bordowy, to samo wrażenie sprawiały włosy, które ułożone były w artystyczny nieład. Chłopak był mega przystojny.
- Przepraszam. - Powiedziałam szybko patrząc w błyszczące oczy nieznajomego.
- To ja przepraszam. - Powiedział. Jego głos był delikatny i stanowczy. Chłopak idealny - rozmarzyłam się
- Nie ma za co, naprawdę. - Powiedziałam z najbardziej czarującym uśmiechem na jaki umiałam się zdobyć, ale chłopak pobił mnie od razu gdy tylko ułożył wargi w delikatny uśmiech. Moje serce łomotało w piersi jak szalone, starałam się je uciszyć ale bez skutecznie.
- Nie widzę Cię tutaj często, mimo że przychodzę tu prawie codziennie. - Powiedział
- To dlatego, że nie mieszkam w okolicy. - Odparłam. Rozmowa zeszła później na tematy szkoły, przyjaciół i innych rzeczy. Usiadliśmy na pobliskiej ławce. Po jakimś czasie zadzwonił mój telefon.
- Tak? - Powiedziałam odbierając połączenie od mamy
- Gdzie Ty jesteś? Miałaś zaraz wrócić! - Powiedziała
- Która godzina? - Zapytałam
- Po 16,00 - powiedziała
- Co ?! - Zdziwiłam się
- Za godzinę masz być w domu! - Powiedziała i się rozłączyła.
- Wybacz, ale muszę już iść - powiedziałam do chłopaka
- Nie mam co wybaczać. - Powiedział wstając - Już późno. Odrobinę się zagadaliśmy. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
- Na pewno. - Uśmiechnęłam się i poszłam na przystanek. Gdy dotarłam na miejsce do przyjazdu autobusu zostało 20 minut. Cały czas myślałam o nieznajomym chłopaku z którym tak dobrze mi się rozmawiało. Jaka ja jestem głupia - skarciłam się w myślach - nawet nie wiem jak ma na imię i nie zostawiłam mu swojego numeru. Chyba zaraz się popłaczę, ze złości na samą siebie. W domu musiałam trochę ogarnąć mój pokój na wypadek jakby ciotka zechciała tam zajrzeć. Na wierzchu nie mogło zostać nic osobistego. Widać od razu, że ona i matka to siostry, obie miały manię czystości, lubiły się rządzić i zaglądać wszędzie gdzie nie trzeba. Sama nie wiem jak ze sobą wytrzymywały kiedy mieszkały razem.
- Przebierz się zanim przyjedzie ciocia Daniela. - Powiedziała mama.
- Czemu? Przecież jest gorąco. - Powiedziałam
- Jesteś ubrana jak na plażę, a nie jak na przyjście gościa.
- Dobra, dobra już idę. - Wolałam to niż komentarze ciotki w stylu ,, tak ubrane chodzą tylko dziewczyny lekkich obyczajów, a nie dobrze wychowane dziewczynki jak ty ... "bla bla bla. Przebrałam się w luźną białą spódniczkę do kolan i nie zamierzałam zmieniać nic innego gdy chciałam wyjść z pokoju usłyszałam głos ciotki na korytarzu.
- Witaj moja droga siostrzyczko.
- Cześć Danielko - powiedziała mama
- Gdzie to jest twój mały mężczyzna? - Zapytała
- Pojechał wczoraj do starszego brata. - Powiedziała mama
- Mała Elif jest w domu?
- Tak jest. Elif! - Zawołała mnie mama
- Dzień dobry ciociu. - Powiedziałam wychodząc ze swojego ,, królestwa ", w którym miałam święty spokój.
- Dzień dobry kochanie. Jak ty urosłaś i wyładniałaś. Tylko co z tymi pięknymi włosami co zrobiłaś ? - Zapytała.
- Ścięłam je. - Powiedziałam jak gdyby nigdy nic
- Nie wiem dlaczego to zrobiłaś, były takie długie, sięgały ci prawie do pupy. - Powiedziała
- Ciociu od dziecka miałam takie długie włosy i postanowiłam się zmienić bo już nie nie jestem dzieckiem tylko nastoletnią prawie dorosłą dziewczyną. - Powiedziałam
- Dobrze, a jak tam szkoła? - Zapytała. Szybko zmieniła temat bo wiedziała, że w tej sprawie nie wygra, włosy były już obcięte i co niby mogła zrobić, przykleić je ? Mama przyniosła obiad i po skończonym posiłku obie poszły upiec jakieś ciasto. Ja w tym czasie włączyłam telewizor i oglądałam eska tv, gdy moja ciocia i mama wróciły z kuchni zabrały mi pilota i włączyły kanał przyrodniczy. Wieczorem po kolacji poszłam się wykąpać ,gdy przyszłam na stole stały ciasta. Były to sernik i jabłecznik. Zjadłam po dwa kawałki każdego i długo rozmawiałam z nimi. Kochałam moją ciocię mimo, że czasami mnie denerwowała. Około 23,30 poszłam spać. Przez następne dni jeździłam do parku. Czasami sama czasami z ciotką i mamą, ale nigdzie nie mogłam spotkać chłopaka z którym rozmawiałam i w którym chyba się zakochałam.
Wizyta cioci dobiegła końca. Stałyśmy na dworcu kolejowym czekając własnie na pociąg, który zabierze ją do domu.
- O jedzie! - Powiedziała mama
- To czas się pożegnać. Trzymajcie się moje drogie kobiety. - Powiedziała ciocia
- Pa ciociu, miło było spędzić z tobą trochę czasu. - Powiedziałam
- Ja też się cieszę kochanie, ale teraz muszę już jechać. Odwiedzę was jeszcze w tym roku. - Powiedziała. Przytuliłam ją na pożegnanie i wsiadła do pociągu. Machałyśmy do niej do puki pociąg nie zniknął nam gdzieś w oddali.
- To co idziemy do domu? - Zapytała mama
- Wiesz co ja chyba pójdę do Aylin, dzisiaj bal urodzinowy Kasandry a moja suknia jest u niej. Jak chcesz to chodź ze mną, jej mama na pewno się nie obrazi. - Powiedziałam, mama od razu się zgodziła. Zadzwoniłam jeszcze do Aylin, aby ją uprzedzić że idziemy.
- Cześć. - Powiedziałam gdy tylko szatynka otworzyła drzwi.
- Cześć i dzień dobry. - Powiedziała
- Dzień dobry. - Przywitała się moja mama.
- Wejdźcie. Zapraszam do salonu. - zaprosiła nas. Na miejscu siedziała już jej mama, a na stole stało ciasto i kawa. Nasze mamy sobie rozmawiały, a ja poszłam zobaczyć nasze sukienki.Były piękne, jeszcze lepsze niż na rysunku.
- I jak ? - Zapytała zielonooka
- Super. Są piękne. - Powiedziałam.
- Bal zaczyna się o 17,00, a jest 12,43 - powiedziałam
- To mamy trzy i pół godziny na przyszykowanie się.
- Nom. Starczy nam? - Zaśmiała się
- Musi. - Powiedziałam. Na początek każda z nas wzięła długa kąpiel w ciepłej wodzie, następnie zrobiłyśmy sobie makijaż. Ja miałam fioletowy cień do powiek, brokatową czarną kreskę, czarny tusz i różowy błyszczyk. Włosy uczesałam w elegancki kok z wystającymi kosmykami. Aylin natomiast wybrała jasnoróżowy cień i delikatną kreskę podkreślającą kolor jej zielonych oczu i bezbarwny błyszczyk. Włosy zostawiła rozpuszczone, wyprostowała je i lekko podkręciła na końcach. Ubrałyśmy nasze suknie, buty na niewielkim obcasie pod kolor kreacji i do tego wszystkiego spryskałyśmy się francuskimi perfumami, które Aylin dostała od wujka co mieszka w Paryżu i byłyśmy gotowe. Mamy zaniemówiły na nasz widok, lecz po chwili odzyskały mowę.
- Wyglądacie pieknie. - Powiedziała pani Sara
- Macie ogromny talent do szycia. - Dodała mama
- Suknie i wy są piękne. Powalicie wszystkich na kolana. - Powiedziała mama Aylin
- Dziękujemy. - Odpowiedziałyśmy razem.
- Za kilka minut chłopaki po nas przyjadą. - Poinformowała szatynka patrząc na zegarek. -Jest 16,23 - dodała. Kilka minut później pod blok Aylin podjechało czarne sportowe auto. Nie znałam się na markach samochodów ale auto robiło wrażenie.
- Wow - powiedziałam tylko
- Dzieciak, jak zawsze musi się popisać. - Powiedziała moja przyjaciółka
- Kto? - Zapytała moja mama
- Michał, mój kolega. - Odpowiedziała
- Jest bogaty co ? - Zapytałam
- Tak, ale normalnie się tym nie chwali.
- Niezła partia. - Powiedziała moja mama
- Czy ja wiem. Nie należę do grona osób, które lecą tylko na kasę. - Powiedziała. Gołym okiem było widać, że mama ją uraziła.
- Musimy iść. - Powiedziałam.
- Masz rację. Do widzenia pani i na razie mamo. - Powiedziała
- Do widzenia i na razie. - Powiedziałam i wyszłam za nią na korytarz. Na dole przed samochodem stało dwóch chłopaków. Totalnie mnie zatkało gdy zobaczyłam tego, którego poznałam w parku. Patrzył na mnie z nie mniejszym zdziwieniem co ja na niego.
- To wy się znacie? - Zapytała Aylin
- Spotkaliśmy się w niedzielę w parku. - Powiedział
- Tylko wtedy zapomniałam zapytać jak masz na imię. - Zwróciłam się do niego.
- Dann - ukłonił się lekko
- Elif - powiedziałam delikatnie się rumieniąc.
- On ma na imię Michał. - Powiedział wskazując na stojącego obok niego wysokiego bruneta o brązowych oczach. Nie dziwię się, że Aylin się w nim zakochała - stwierdziłam w myślach.
- Cześć - powiedział - Jedźmy już, bo się spóźnimy.
- Musiałeś wziąść dzisiaj ten samochód ? - Zapytała szatynka
- Co ci się w nim nie podoba ? - Zapytał
- Jest zbyt luksusowy. - Stwierdziła. Mi się ten samochód bardzo podobał. Zrobimy świetne wrażenie.
- Oj tam oj tam. - Skwitował na co ona prycheła i wsiadła do samochodu na przednim siedzeniu.
- Ej ja chciałem z przodu! - Powiedział Dann
- Trudno idziesz do tyłu. - Powiedział Michał. Razem z Danem siedziałam z tyłu, a drugi chłopak kierował. gdy dojechaliśmy na miejsce wszyscy na nas patrzyli.
- Dziwnie się czuję, nie lubię być w centrum uwagi. - Powiedziała Aylin
- Co w tym złego. Jesteś piękna. - Powiedział Michał podając jej rękę aby pomoc jej wysiąść z samochodu.
- Dziekuje. - Powiedziała przyjmując jego pomoc. Dann niestety nie zachował się tak samo ale chociaż mi drzwi otworzył. Gdy weszliśmy do domu Kasandry znaleźliśmy się w ogromnej sali balowej. Było tam mnóstwo ludzi, w tym osoby nie tylko z naszej klasy.
- Wow, ale nigdzie nie widzę solenizantki. - Powiedziałam
- Pewnie się spóźni aby zrobić wielkie wejście i żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę. - Powiedział Michał
- Skąd wiesz? - Zapytałam
- Bywałem na takich imprezach już i gospodarze przyjęcia zawsze przychodzą ostatni.
- To dziwne. Powinni być pierwsi aby witać gości. - Powiedziałam
- Zasady, którymi kierują się osoby z wyższych sfer często są dziwne. - Powiedział Dann
- Co ty też do Nich należysz ? - Zapytałam
- Można tak powiedzieć. - Odparł.
- O idzie. - Powiedziała Aylin. W okół Kasandry zaczął się zbierać tłum ludzi. Po chwili wszyscy się odsunęli i mogłam zobaczyć organizatorkę przyjęcia. Była ubrana w długa niebieską suknie pełną różnych ozdób. Nie powiem wyglądała pięknie.
- Cześć Kasandra. Pięknie wyglądasz. - Powiedziała Aylin
- Dziękuje ty też. Gdzie kupiłyście te suknie? - Zapytała
- Uszyłyśmy je. - Powiedziałam
- W takim razie gratuluję pomysłu i talentu. - Powiedziała
- Dziękujemy.
- Muszę was przeprosić. - Powiedziała i poszła na niewielkie podwyższenie gdzie wygłosiła mowę powitalną i życzyła wszystkim dobrej zabawy. Po chwili wszyscy wznieśli toasty za Kasandrę i poszli tańczyć. Kilkanaście osób stało przy bufecie. Dann poprosił mnie do tańca gdy grała w miarę spokojna ale nie wolna piosenka. Kilka następnych było dość szybkich przez co trochę się zmęczyłam. Poszłam na ogromny balkon. Wdychałam chłodne wieczorne powietrze. Po chwili podszedł do mnie Dann.
- Jak się bawisz ? - Zapytał
- Wspaniale. - Powiedziałam opierając się o balkon.
- Cieszę się.
- Ja też. - Powiedziałam patrząc na niego. Uśmiechnął się w ten sam dziecięcy sposób co wtedy w parku.
- Byłaś już na takich imprezach?
- Nie. To jest mój pierwszy bal.
- Nie wydaje ci się nudny i sztywny?
- Nie.A powinien taki być ? - Zdziwiłam się
- Nie, no co ty ale większość tak uważa. - Powiedział opierając się o balustradę.
- Serio? Czyli to pierwszy bal na którym dobrze się bawisz?
- Nie pierwszy, tylko jeden z tych lepszych i bardziej wyjątkowych.
- Dlaczego bardziej wyjątkowy niż reszta?
- Bo jest przy mnie wyjątkowa dziewczyna. - Powiedział. Poczułam, że się rumienię. Dann pogłaskał mnie po policzku i patrzył mi w oczy.
- Masz piękne oczy. Wyrażają ciebie. - Szepnął mi do ucha i się odsunął. Byłam jednocześnie szczęśliwa i w szoku. Ledwo się znamy, a on robi i mówi takie rzeczy. Nie, żeby mi to przeszkadzało ale ... nie wiem jak to rozumieć! Może on czuje do mnie to co ja do niego ?
- Wracajmy do sali. - Powiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie pociągnął za sobą. Gdy weszliśmy w tle zaczęła grać spokojna melodia.
- Mam nadzieje, że znajdziesz siły na jeszcze jeden taniec. - Powiedział delikatnie się kłaniając. Wyciągnął rękę przed siebie ja podałam mu swoją dłoń. Przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich biodrach. Ja objęłam go na szyi i wtuliłam się w niego. Wolno kołysaliśmy się w rytm muzyki robiąc co jakiś czas kilka kroków w różne strony. Czułam ciepło od niego bijące, jego zapach uznałam za najpiękniejszą woń na świecie.
- Też Cię kocham. - Powiedziałam z uśmiechem. Moja przyjaciółka prychneła.
- To co Cię sprowadza do mojego domu? - Zapytała tonem którego nie umiałam określić. Ale było w tym coś w stylu żartu, sarkazmu, wyrzutu i złości? Skąd ona umie mieszać tyle odczuć w jednym zdaniu?
- Nic wielkiego. - Powiedziałam siadając na jej łóżku.
- Czyli wpadłaś od tak sobie?
- Nie no skąd. Przyszłam bo mamy do zrobienia taki mały drobiazg jak nasze suknie na bal. - Powiedziałam patrząc w podłogę i ruszając naprzemiennie moimi nogami zwisającymi z łóżka. Po chwili ciszy, spojrzałam na Aylin, jej mina wyrażała BARDZO intensywne myślenie.
- Może odświeżę ci pamięć. - Powiedziałam wyciągając telefon z kieszeni. Szybko odszukałam wczorajszego smsa. - ,, Mam fajny pomysł. Moja mama jest krawcową i ja też umiem szyć, na strychu znalazłam fajne materiały i to z nich uszyjemy suknie. Wpadnij jutro to zaczniemy je robić. "- Przeczytałam.
- Aha już pamiętam. - Zaśmiała się szatynka.
- Dobra ubierz się i bierzemy się do pracy. - Powiedziałam. Dziewczyna wstała, zabrała z szafy niebieskie krótkie spodenki i białą bokserkę.
Po chwili była gotowa.
- Ok mam już kilka projektów na te suknie i wyprane materiały. - Powiedziała
- Ok. Jest twoja mama? - Zapytałam gdy już siedziałyśmy w salonie.
- Nie. Znalazła sobie pracę. Pracuję jako sprzątaczka w McDonaldzie. Wczoraj przywiozła nam hamburgery. Wstawić ci trochę do mikrofali?
- No pewnie. - Powiedziałam mój żołądek potwierdził moje słowa.
Po kilku minutach zajadałyśmy się ciepłym jedzeniem i popijałyśmy to Colą.
- Pokaż te projekty. - Powiedziałam gdy już naczynia były pozmywane. Zielonooka podała mi zeszyt z rysunkami. Były bardzo ładne, bo do pięknych trochę im brakowało, ale nie powiem, bez przeszkód mogłam stwierdzić, że ma dziewczyna talent. Jej suknia była skromna, gładka, bez wzorów i sięgała trochę przed kolana, moja natomiast była za kolana i miała mnóstwo gniecionego materiału.
- Wow . Dokładnie w naszym stylu, to znaczy każda w swoim. - Powiedziałam. Moja wyobraźnia już mi podpowiadała jak będziemy w tym wyglądać. Nawet nie nie zauważyłam kiedy Aylin przyszła z materiałami. Miała ich dużo, część w dużych, cześć w małych kawałkach, były to dwa kolory. Jeden ciemno-różowy, gładki i błyszczący, drugi fioletowy. Po chwili namysłu wzięłyśmy się do pracy. Robiłyśmy suknie do wieczora z przerwami na obiad. Były prawie skończone. Zostało do zrobienia z kilka detali. Aylin poszła odprowadzić mnie na przystanek, ustaliłyśmy, że jutro sama dokończy nasze kreacje. Po dotarciu do domu poszłam spać, była wtedy godzina 22,26. Obudziłam się około dziewiątej rano. Leniwie wstałam z łóżka. Podeszłam do okna, termometr wskazywał 31 ° C. Powlekłam się w stronę szafy, wyciągnęłam z niej białą spódniczkę do połowy ud i jasno-niebieską bluzkę na krótki rękaw. Moje czarne włosy uczesałam w wysoką kitkę, na nogi ubrałam białe sandały na lekkim koturnie. Po śniadaniu poszłam na spacer. Wsiadłam do autobusu który jechał o 11,00 i postanowiłam pojechać do miejsca otoczonego zielenią. W parku siedziało mnóstwo młodzieży. Szłam odrobinę zamyślona i w momencie gdy podniosłam głowę do góry aby spojrzeć na promienie słońca przedzierające się pomiędzy gałęziami drzew uderzyłam w coś twardego i ciepłego. Spojrzałam przed siebie i napotkałam wzrok cudownie brązowych oczu, odcieniem przypominały kolor bordowy, to samo wrażenie sprawiały włosy, które ułożone były w artystyczny nieład. Chłopak był mega przystojny.
- Przepraszam. - Powiedziałam szybko patrząc w błyszczące oczy nieznajomego.
- To ja przepraszam. - Powiedział. Jego głos był delikatny i stanowczy. Chłopak idealny - rozmarzyłam się
- Nie ma za co, naprawdę. - Powiedziałam z najbardziej czarującym uśmiechem na jaki umiałam się zdobyć, ale chłopak pobił mnie od razu gdy tylko ułożył wargi w delikatny uśmiech. Moje serce łomotało w piersi jak szalone, starałam się je uciszyć ale bez skutecznie.
- Nie widzę Cię tutaj często, mimo że przychodzę tu prawie codziennie. - Powiedział
- To dlatego, że nie mieszkam w okolicy. - Odparłam. Rozmowa zeszła później na tematy szkoły, przyjaciół i innych rzeczy. Usiadliśmy na pobliskiej ławce. Po jakimś czasie zadzwonił mój telefon.
- Tak? - Powiedziałam odbierając połączenie od mamy
- Gdzie Ty jesteś? Miałaś zaraz wrócić! - Powiedziała
- Która godzina? - Zapytałam
- Po 16,00 - powiedziała
- Co ?! - Zdziwiłam się
- Za godzinę masz być w domu! - Powiedziała i się rozłączyła.
- Wybacz, ale muszę już iść - powiedziałam do chłopaka
- Nie mam co wybaczać. - Powiedział wstając - Już późno. Odrobinę się zagadaliśmy. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
- Na pewno. - Uśmiechnęłam się i poszłam na przystanek. Gdy dotarłam na miejsce do przyjazdu autobusu zostało 20 minut. Cały czas myślałam o nieznajomym chłopaku z którym tak dobrze mi się rozmawiało. Jaka ja jestem głupia - skarciłam się w myślach - nawet nie wiem jak ma na imię i nie zostawiłam mu swojego numeru. Chyba zaraz się popłaczę, ze złości na samą siebie. W domu musiałam trochę ogarnąć mój pokój na wypadek jakby ciotka zechciała tam zajrzeć. Na wierzchu nie mogło zostać nic osobistego. Widać od razu, że ona i matka to siostry, obie miały manię czystości, lubiły się rządzić i zaglądać wszędzie gdzie nie trzeba. Sama nie wiem jak ze sobą wytrzymywały kiedy mieszkały razem.
- Przebierz się zanim przyjedzie ciocia Daniela. - Powiedziała mama.
- Czemu? Przecież jest gorąco. - Powiedziałam
- Jesteś ubrana jak na plażę, a nie jak na przyjście gościa.
- Dobra, dobra już idę. - Wolałam to niż komentarze ciotki w stylu ,, tak ubrane chodzą tylko dziewczyny lekkich obyczajów, a nie dobrze wychowane dziewczynki jak ty ... "bla bla bla. Przebrałam się w luźną białą spódniczkę do kolan i nie zamierzałam zmieniać nic innego gdy chciałam wyjść z pokoju usłyszałam głos ciotki na korytarzu.
- Witaj moja droga siostrzyczko.
- Cześć Danielko - powiedziała mama
- Gdzie to jest twój mały mężczyzna? - Zapytała
- Pojechał wczoraj do starszego brata. - Powiedziała mama
- Mała Elif jest w domu?
- Tak jest. Elif! - Zawołała mnie mama
- Dzień dobry ciociu. - Powiedziałam wychodząc ze swojego ,, królestwa ", w którym miałam święty spokój.
- Dzień dobry kochanie. Jak ty urosłaś i wyładniałaś. Tylko co z tymi pięknymi włosami co zrobiłaś ? - Zapytała.
- Ścięłam je. - Powiedziałam jak gdyby nigdy nic
- Nie wiem dlaczego to zrobiłaś, były takie długie, sięgały ci prawie do pupy. - Powiedziała
- Ciociu od dziecka miałam takie długie włosy i postanowiłam się zmienić bo już nie nie jestem dzieckiem tylko nastoletnią prawie dorosłą dziewczyną. - Powiedziałam
- Dobrze, a jak tam szkoła? - Zapytała. Szybko zmieniła temat bo wiedziała, że w tej sprawie nie wygra, włosy były już obcięte i co niby mogła zrobić, przykleić je ? Mama przyniosła obiad i po skończonym posiłku obie poszły upiec jakieś ciasto. Ja w tym czasie włączyłam telewizor i oglądałam eska tv, gdy moja ciocia i mama wróciły z kuchni zabrały mi pilota i włączyły kanał przyrodniczy. Wieczorem po kolacji poszłam się wykąpać ,gdy przyszłam na stole stały ciasta. Były to sernik i jabłecznik. Zjadłam po dwa kawałki każdego i długo rozmawiałam z nimi. Kochałam moją ciocię mimo, że czasami mnie denerwowała. Około 23,30 poszłam spać. Przez następne dni jeździłam do parku. Czasami sama czasami z ciotką i mamą, ale nigdzie nie mogłam spotkać chłopaka z którym rozmawiałam i w którym chyba się zakochałam.
Wizyta cioci dobiegła końca. Stałyśmy na dworcu kolejowym czekając własnie na pociąg, który zabierze ją do domu.
- O jedzie! - Powiedziała mama
- To czas się pożegnać. Trzymajcie się moje drogie kobiety. - Powiedziała ciocia
- Pa ciociu, miło było spędzić z tobą trochę czasu. - Powiedziałam
- Ja też się cieszę kochanie, ale teraz muszę już jechać. Odwiedzę was jeszcze w tym roku. - Powiedziała. Przytuliłam ją na pożegnanie i wsiadła do pociągu. Machałyśmy do niej do puki pociąg nie zniknął nam gdzieś w oddali.
- To co idziemy do domu? - Zapytała mama
- Wiesz co ja chyba pójdę do Aylin, dzisiaj bal urodzinowy Kasandry a moja suknia jest u niej. Jak chcesz to chodź ze mną, jej mama na pewno się nie obrazi. - Powiedziałam, mama od razu się zgodziła. Zadzwoniłam jeszcze do Aylin, aby ją uprzedzić że idziemy.
- Cześć. - Powiedziałam gdy tylko szatynka otworzyła drzwi.
- Cześć i dzień dobry. - Powiedziała
- Dzień dobry. - Przywitała się moja mama.
- Wejdźcie. Zapraszam do salonu. - zaprosiła nas. Na miejscu siedziała już jej mama, a na stole stało ciasto i kawa. Nasze mamy sobie rozmawiały, a ja poszłam zobaczyć nasze sukienki.Były piękne, jeszcze lepsze niż na rysunku.
- I jak ? - Zapytała zielonooka
- Super. Są piękne. - Powiedziałam.
- Bal zaczyna się o 17,00, a jest 12,43 - powiedziałam
- To mamy trzy i pół godziny na przyszykowanie się.
- Nom. Starczy nam? - Zaśmiała się
- Musi. - Powiedziałam. Na początek każda z nas wzięła długa kąpiel w ciepłej wodzie, następnie zrobiłyśmy sobie makijaż. Ja miałam fioletowy cień do powiek, brokatową czarną kreskę, czarny tusz i różowy błyszczyk. Włosy uczesałam w elegancki kok z wystającymi kosmykami. Aylin natomiast wybrała jasnoróżowy cień i delikatną kreskę podkreślającą kolor jej zielonych oczu i bezbarwny błyszczyk. Włosy zostawiła rozpuszczone, wyprostowała je i lekko podkręciła na końcach. Ubrałyśmy nasze suknie, buty na niewielkim obcasie pod kolor kreacji i do tego wszystkiego spryskałyśmy się francuskimi perfumami, które Aylin dostała od wujka co mieszka w Paryżu i byłyśmy gotowe. Mamy zaniemówiły na nasz widok, lecz po chwili odzyskały mowę.
- Wyglądacie pieknie. - Powiedziała pani Sara
- Macie ogromny talent do szycia. - Dodała mama
- Suknie i wy są piękne. Powalicie wszystkich na kolana. - Powiedziała mama Aylin
- Dziękujemy. - Odpowiedziałyśmy razem.
- Za kilka minut chłopaki po nas przyjadą. - Poinformowała szatynka patrząc na zegarek. -Jest 16,23 - dodała. Kilka minut później pod blok Aylin podjechało czarne sportowe auto. Nie znałam się na markach samochodów ale auto robiło wrażenie.
- Wow - powiedziałam tylko
- Dzieciak, jak zawsze musi się popisać. - Powiedziała moja przyjaciółka
- Kto? - Zapytała moja mama
- Michał, mój kolega. - Odpowiedziała
- Jest bogaty co ? - Zapytałam
- Tak, ale normalnie się tym nie chwali.
- Niezła partia. - Powiedziała moja mama
- Czy ja wiem. Nie należę do grona osób, które lecą tylko na kasę. - Powiedziała. Gołym okiem było widać, że mama ją uraziła.
- Musimy iść. - Powiedziałam.
- Masz rację. Do widzenia pani i na razie mamo. - Powiedziała
- Do widzenia i na razie. - Powiedziałam i wyszłam za nią na korytarz. Na dole przed samochodem stało dwóch chłopaków. Totalnie mnie zatkało gdy zobaczyłam tego, którego poznałam w parku. Patrzył na mnie z nie mniejszym zdziwieniem co ja na niego.
- To wy się znacie? - Zapytała Aylin
- Spotkaliśmy się w niedzielę w parku. - Powiedział
- Tylko wtedy zapomniałam zapytać jak masz na imię. - Zwróciłam się do niego.
- Dann - ukłonił się lekko
- Elif - powiedziałam delikatnie się rumieniąc.
- On ma na imię Michał. - Powiedział wskazując na stojącego obok niego wysokiego bruneta o brązowych oczach. Nie dziwię się, że Aylin się w nim zakochała - stwierdziłam w myślach.
- Cześć - powiedział - Jedźmy już, bo się spóźnimy.
- Musiałeś wziąść dzisiaj ten samochód ? - Zapytała szatynka
- Co ci się w nim nie podoba ? - Zapytał
- Jest zbyt luksusowy. - Stwierdziła. Mi się ten samochód bardzo podobał. Zrobimy świetne wrażenie.
- Oj tam oj tam. - Skwitował na co ona prycheła i wsiadła do samochodu na przednim siedzeniu.
- Ej ja chciałem z przodu! - Powiedział Dann
- Trudno idziesz do tyłu. - Powiedział Michał. Razem z Danem siedziałam z tyłu, a drugi chłopak kierował. gdy dojechaliśmy na miejsce wszyscy na nas patrzyli.
- Dziwnie się czuję, nie lubię być w centrum uwagi. - Powiedziała Aylin
- Co w tym złego. Jesteś piękna. - Powiedział Michał podając jej rękę aby pomoc jej wysiąść z samochodu.
- Dziekuje. - Powiedziała przyjmując jego pomoc. Dann niestety nie zachował się tak samo ale chociaż mi drzwi otworzył. Gdy weszliśmy do domu Kasandry znaleźliśmy się w ogromnej sali balowej. Było tam mnóstwo ludzi, w tym osoby nie tylko z naszej klasy.
- Wow, ale nigdzie nie widzę solenizantki. - Powiedziałam
- Pewnie się spóźni aby zrobić wielkie wejście i żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę. - Powiedział Michał
- Skąd wiesz? - Zapytałam
- Bywałem na takich imprezach już i gospodarze przyjęcia zawsze przychodzą ostatni.
- To dziwne. Powinni być pierwsi aby witać gości. - Powiedziałam
- Zasady, którymi kierują się osoby z wyższych sfer często są dziwne. - Powiedział Dann
- Co ty też do Nich należysz ? - Zapytałam
- Można tak powiedzieć. - Odparł.
- O idzie. - Powiedziała Aylin. W okół Kasandry zaczął się zbierać tłum ludzi. Po chwili wszyscy się odsunęli i mogłam zobaczyć organizatorkę przyjęcia. Była ubrana w długa niebieską suknie pełną różnych ozdób. Nie powiem wyglądała pięknie.
- Cześć Kasandra. Pięknie wyglądasz. - Powiedziała Aylin
- Dziękuje ty też. Gdzie kupiłyście te suknie? - Zapytała
- Uszyłyśmy je. - Powiedziałam
- W takim razie gratuluję pomysłu i talentu. - Powiedziała
- Dziękujemy.
- Muszę was przeprosić. - Powiedziała i poszła na niewielkie podwyższenie gdzie wygłosiła mowę powitalną i życzyła wszystkim dobrej zabawy. Po chwili wszyscy wznieśli toasty za Kasandrę i poszli tańczyć. Kilkanaście osób stało przy bufecie. Dann poprosił mnie do tańca gdy grała w miarę spokojna ale nie wolna piosenka. Kilka następnych było dość szybkich przez co trochę się zmęczyłam. Poszłam na ogromny balkon. Wdychałam chłodne wieczorne powietrze. Po chwili podszedł do mnie Dann.
- Jak się bawisz ? - Zapytał
- Wspaniale. - Powiedziałam opierając się o balkon.
- Cieszę się.
- Ja też. - Powiedziałam patrząc na niego. Uśmiechnął się w ten sam dziecięcy sposób co wtedy w parku.
- Byłaś już na takich imprezach?
- Nie. To jest mój pierwszy bal.
- Nie wydaje ci się nudny i sztywny?
- Nie.A powinien taki być ? - Zdziwiłam się
- Nie, no co ty ale większość tak uważa. - Powiedział opierając się o balustradę.
- Serio? Czyli to pierwszy bal na którym dobrze się bawisz?
- Nie pierwszy, tylko jeden z tych lepszych i bardziej wyjątkowych.
- Dlaczego bardziej wyjątkowy niż reszta?
- Bo jest przy mnie wyjątkowa dziewczyna. - Powiedział. Poczułam, że się rumienię. Dann pogłaskał mnie po policzku i patrzył mi w oczy.
- Masz piękne oczy. Wyrażają ciebie. - Szepnął mi do ucha i się odsunął. Byłam jednocześnie szczęśliwa i w szoku. Ledwo się znamy, a on robi i mówi takie rzeczy. Nie, żeby mi to przeszkadzało ale ... nie wiem jak to rozumieć! Może on czuje do mnie to co ja do niego ?
- Wracajmy do sali. - Powiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie pociągnął za sobą. Gdy weszliśmy w tle zaczęła grać spokojna melodia.
- Mam nadzieje, że znajdziesz siły na jeszcze jeden taniec. - Powiedział delikatnie się kłaniając. Wyciągnął rękę przed siebie ja podałam mu swoją dłoń. Przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich biodrach. Ja objęłam go na szyi i wtuliłam się w niego. Wolno kołysaliśmy się w rytm muzyki robiąc co jakiś czas kilka kroków w różne strony. Czułam ciepło od niego bijące, jego zapach uznałam za najpiękniejszą woń na świecie.
czwartek, 23 października 2014
Rozdział 3
- Dobra a teraz na serio. Co ci? - zapytała zamykając za mną drzwi
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - powiedziałam siadając na jej łóżku. Pokój był urządzony w stonowanych barwach. Na podłodze leżał kremowy, puszysty dywan. Ściany były kremowe z niebieskimi i brązowymi paskami przy rogach, sufit był błękitny, meblościanka, toaletka, szafa, mały stolik do kawy i biurko były z jasnego drewna. Łóżko stało pod ścianą w rogu pokoju było jednoosobowe, przykryte jasnobrązowym polarowym kocem i czterema kwadratowymi poduszkami po dwie w jednym rogu. Jedna brązowa druga kremowa. Przed nim stał stolik do kawy. Meblościanka z małym telewizorem i mnóstwem różnych książek stała przy prostopadłej ścianie do łóżka, obok niej stała szafa. Pod oknem stało biurko i krzesło obrotowe. W rogu koło drzwi stała toaletka. Aylin usiadła obok mnie.
- Jak ty to robisz?. - zapytałam
- Co jak robię? - zdziwiła się. Upiłam łyk herbaty
- To że wiesz jak mam zły humor lub czymś się martwię.
- Sama nie wiem. Tak jakoś...
- Ale jakby tego było mało to emanujesz jakąś dziwną aurą spokoju chociaż nie mało w życiu przeszłaś. Jak to się dzieje?
- Pytaj mnie a ja ciebie. - uśmiechneła się
- A nie ciekawi cię dlaczego tak jest i kiedy się to zaczeło? - ja byłam tego strasznie ciekawa ale mojej przyjaciółce ta informacja nie była niezbędna do życia, mi nawiasem mówiąc też nie ale i tak chciałam to wiedzieć.
- Czasami chciałabym to wiedzieć ale co by mi to dało. Przecież i tak bym tego nie zmieniła bo jak?
- A po co to zmieniać? J też bym chciała być wyjątkowa.
- Jesteś wyjątkowa. - powiedziała - Czasami ten ,,dar'' mnie strasznie wkurza bo gdziekolwiek nie pójdę to wiem jak dana osoba się czuje i mimowolnie sprawiam że jakby część mojego spokoju przechodziła na tą osobę a mimo to mi go nie ubywa.
- Wiesz nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. - przyznałam
- A ja tak i to nawet bardzo często.
- Dobra zmieńmy temat. - powiedziałam wesoło
- Ok to o czym pogadamy? - zapytała
- Hmm... pokaż mi zdjęcia znad jeziora. Jeszcze ich nie widziałam.
- Dobra. - powiedziała biorąc laptop z biurka. Przysunełam stolik bliżej łóżka. Po kilku sekundach oglądałyśmy zdjęcia. Co jakiś czas się zatrzymywałyśmy.
- O, o, o pokaż to poprzednie. - powiedziałam. Szatynka cofneła zdjęcie. Była na nim ona sama. Siedziała na jakiejś pięknej łące pełnej chabrów bokiem do aparatu. Na horyzoncie zachodziło słońce. Była ubrana w białą, zwiewną sukienkę, wiatr bawił się jej włosami i rozwiewał je na prawą stronę.
- Wow jakie super. Ustaw je jako zdjęcie profilowe na facebooku. - powiedziałam nie mogąc się napatrzeć na to zdjęcie
- Czy ja wiem...
- Ja wiem. Pięknie na nim wyszłaś.
- Ok zastanowię się. - powiedziała przewijając kolejne zdjęcia. Później zatrzymywałyśmy się na niektórych zdjęciach jej rodziny i znajomych. Czas tak szybko nam zleciał że dopiero kiedy mama Aylin zawołała nas na obiad dotarło do nas jest już 13,00. Po skończonym posiłku Aylin zamkneła folder ze zdjęciami i wpisała hasło zamykające jej pliki. Laptop zaniosła swojemu bratu.
- Idziemy do parku, później pójdę odprowadzić Elif na przystanek. - powiedziała do swojej mamy.
- Do widzenia pani. - powiedziałam
- Do widzenia, do widzenia Elif. - odpowiedziała. Na klatce schodowej spotkałyśmy Marka.
- Cześć dziewczyny. - powiedział
- Cześć. - powiedziałam
- Hej. - brukneła Aylin nawet na niego nie patrząc
- Dokąd idziecie?- zapytał
- Do parku. - powiedziała Aylin
- Chce wam się? Park jest kawałek drogi z tond. - odparł brunet
- I co z tego? Mały spacer dobrze nam zrobi. - powiedziała Aylin
- Ok jak chcecie. Na razie.- odparł i poszedł na górę po schodach.
- Co cię ugryzło? - zapytałam moją przyjaciółkę
- Nic. - powiedziała. Wyszłyśmy z korytarza i skierowałyśmy się w stronę parku. Dotarcie tam od domu Aylin trwało dobre półgodziny.
- To czemu byłaś dla niego taka wredna? - drążyłam temat
- Bo to pozer, a ja nie cierpię takich ludzi.
- Od kiedy?
- Od zawsze.
- Zrobił ci coś?
- Można tak powiedzieć...
- Czyli?
- Kiedyś robił popisówkę na rowerze przed tą laską z wymiany i ja jechałam na rolkach. Ten debil wjechał na mnie i jeszcze miał pretensje że mu podryw nie wyszedł.
- A może po prostu byłaś zazdrosna? - powiedziałam
- Pff... jeszcze czego. O tego idiotę? - zadrwiła
- Może idiotę, ale za to jest ładny.
- Znam ładniejszych i mądrzejszych od niego.
- Uuu... masz jakiś potencjalny obiekt westchnień? - zaciekawiłam się
- Nie. - odparła
- No weź ktoś musi ci się podobać.
- Jest taki jeden, podoba mi się z wyglądu... - zarumieniła się
- Opowiadaj. - zachęcałam ją
- Ma na imię Michał, jest wysokim brunetem o brązowych oczach. Lubi czytać, trenuje sztuki walki i gra na gitarze.
- Ooo... to fajny... - uśmiechnełam się - Ale ja go chyba nie znam.
- Nie, nie znasz. Spotkałam go jak szłam ze znajomymi do pizzerii. Jest dobrym kumplem Derka.
- Derka znam.
- Tak wiem. A w ogóle to czemu gadamy o chłopakach? To nie w naszym stylu. - powiedziała zielonooka
- Tak jakoś wyszło. - zaśmiałam się
- Jeszcze dwa tygodnie i Kasandra wyprawia swój urodzinowy bal. Zaprosiła całą naszą klasę. - westchneła szatynka
- Taa... i pomyśleć że kiedyś kolegowałam się tą pustą blondyną. - powiedziałam
- Ja też i co z tego. Kiedyś była bardzo fajna, ale do czasu gdy jej ojciec nie założył własnej firmy i nie stali się bogaci. Teraz kumpluje się z elitą.
- Ano... pieniądze zmieniają ludzi...
- No.
- A w co my się ubierzemy? - zapytałam - Nie chce się ośmieszyć.
- Ja też nie. Coś wymyślimy.
- Na zaproszeniu pisało że suknia o długości co najmniej do kolan. - powiedziałam
- Tak pamiętam. Może pójdziemy w długich sukniach? - zapytała Aylin
- A jak w niej będziesz tańczyć?
- Normalnie, ale ważniejsze jest kogo ze sobą weźmiemy.
- Że co? - zdziwiłam się
- Mamy przyjść z osobą towarzyszącą.
- O nie. - pacnełam się otwartą dłonią w czoło, na co szatynka się zaśmiała - Nie mam kogo zaprosić - dodałam
- Ja też nie
- Błagam cię, ty możesz zaprosić Michała, chyba że ma dziewczynę.
- Nie ma. - odparła
- No widzisz. Znasz jakiegoś chłopaka co nie ma dziewczyny a jest w miarę fajny? - zapytałam z nadzieją. Przecież Aylin zna dużo ludzi
- Tak. Jest taki jeden. Ma na imię Dann, jest szatynem o brązowych oczach.
- Super masz z nim jakiś kontakt?
- Mam jego numer telefonu a poza tym widziałam się z nim w zwszłym tygodniu na mieście.
- To super. Zadzwoń do niego. - poprosiłam - Wiesz co? Chyba zacznę chodzić z tobą na te twoje spotkania ze znajomymi. - zaśmiałyśmy się. Dalszą drogę przegadałyśmy na temat sukni na urodziny Katriny. Ustaliłyśmy że będą przed kolana w odcieniu fioletu, a Aylin ma ubrać różową suknię.
***
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - powiedziałam siadając na jej łóżku. Pokój był urządzony w stonowanych barwach. Na podłodze leżał kremowy, puszysty dywan. Ściany były kremowe z niebieskimi i brązowymi paskami przy rogach, sufit był błękitny, meblościanka, toaletka, szafa, mały stolik do kawy i biurko były z jasnego drewna. Łóżko stało pod ścianą w rogu pokoju było jednoosobowe, przykryte jasnobrązowym polarowym kocem i czterema kwadratowymi poduszkami po dwie w jednym rogu. Jedna brązowa druga kremowa. Przed nim stał stolik do kawy. Meblościanka z małym telewizorem i mnóstwem różnych książek stała przy prostopadłej ścianie do łóżka, obok niej stała szafa. Pod oknem stało biurko i krzesło obrotowe. W rogu koło drzwi stała toaletka. Aylin usiadła obok mnie.
- Jak ty to robisz?. - zapytałam
- Co jak robię? - zdziwiła się. Upiłam łyk herbaty
- To że wiesz jak mam zły humor lub czymś się martwię.
- Sama nie wiem. Tak jakoś...
- Ale jakby tego było mało to emanujesz jakąś dziwną aurą spokoju chociaż nie mało w życiu przeszłaś. Jak to się dzieje?
- Pytaj mnie a ja ciebie. - uśmiechneła się
- A nie ciekawi cię dlaczego tak jest i kiedy się to zaczeło? - ja byłam tego strasznie ciekawa ale mojej przyjaciółce ta informacja nie była niezbędna do życia, mi nawiasem mówiąc też nie ale i tak chciałam to wiedzieć.
- Czasami chciałabym to wiedzieć ale co by mi to dało. Przecież i tak bym tego nie zmieniła bo jak?
- A po co to zmieniać? J też bym chciała być wyjątkowa.
- Jesteś wyjątkowa. - powiedziała - Czasami ten ,,dar'' mnie strasznie wkurza bo gdziekolwiek nie pójdę to wiem jak dana osoba się czuje i mimowolnie sprawiam że jakby część mojego spokoju przechodziła na tą osobę a mimo to mi go nie ubywa.
- Wiesz nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. - przyznałam
- A ja tak i to nawet bardzo często.
- Dobra zmieńmy temat. - powiedziałam wesoło
- Ok to o czym pogadamy? - zapytała
- Hmm... pokaż mi zdjęcia znad jeziora. Jeszcze ich nie widziałam.
- Dobra. - powiedziała biorąc laptop z biurka. Przysunełam stolik bliżej łóżka. Po kilku sekundach oglądałyśmy zdjęcia. Co jakiś czas się zatrzymywałyśmy.
- O, o, o pokaż to poprzednie. - powiedziałam. Szatynka cofneła zdjęcie. Była na nim ona sama. Siedziała na jakiejś pięknej łące pełnej chabrów bokiem do aparatu. Na horyzoncie zachodziło słońce. Była ubrana w białą, zwiewną sukienkę, wiatr bawił się jej włosami i rozwiewał je na prawą stronę.
- Wow jakie super. Ustaw je jako zdjęcie profilowe na facebooku. - powiedziałam nie mogąc się napatrzeć na to zdjęcie
- Czy ja wiem...
- Ja wiem. Pięknie na nim wyszłaś.
- Ok zastanowię się. - powiedziała przewijając kolejne zdjęcia. Później zatrzymywałyśmy się na niektórych zdjęciach jej rodziny i znajomych. Czas tak szybko nam zleciał że dopiero kiedy mama Aylin zawołała nas na obiad dotarło do nas jest już 13,00. Po skończonym posiłku Aylin zamkneła folder ze zdjęciami i wpisała hasło zamykające jej pliki. Laptop zaniosła swojemu bratu.
- Idziemy do parku, później pójdę odprowadzić Elif na przystanek. - powiedziała do swojej mamy.
- Do widzenia pani. - powiedziałam
- Do widzenia, do widzenia Elif. - odpowiedziała. Na klatce schodowej spotkałyśmy Marka.
- Cześć dziewczyny. - powiedział
- Cześć. - powiedziałam
- Hej. - brukneła Aylin nawet na niego nie patrząc
- Dokąd idziecie?- zapytał
- Do parku. - powiedziała Aylin
- Chce wam się? Park jest kawałek drogi z tond. - odparł brunet
- I co z tego? Mały spacer dobrze nam zrobi. - powiedziała Aylin
- Ok jak chcecie. Na razie.- odparł i poszedł na górę po schodach.
- Co cię ugryzło? - zapytałam moją przyjaciółkę
- Nic. - powiedziała. Wyszłyśmy z korytarza i skierowałyśmy się w stronę parku. Dotarcie tam od domu Aylin trwało dobre półgodziny.
- To czemu byłaś dla niego taka wredna? - drążyłam temat
- Bo to pozer, a ja nie cierpię takich ludzi.
- Od kiedy?
- Od zawsze.
- Zrobił ci coś?
- Można tak powiedzieć...
- Czyli?
- Kiedyś robił popisówkę na rowerze przed tą laską z wymiany i ja jechałam na rolkach. Ten debil wjechał na mnie i jeszcze miał pretensje że mu podryw nie wyszedł.
- A może po prostu byłaś zazdrosna? - powiedziałam
- Pff... jeszcze czego. O tego idiotę? - zadrwiła
- Może idiotę, ale za to jest ładny.
- Znam ładniejszych i mądrzejszych od niego.
- Uuu... masz jakiś potencjalny obiekt westchnień? - zaciekawiłam się
- Nie. - odparła
- No weź ktoś musi ci się podobać.
- Jest taki jeden, podoba mi się z wyglądu... - zarumieniła się
- Opowiadaj. - zachęcałam ją
- Ma na imię Michał, jest wysokim brunetem o brązowych oczach. Lubi czytać, trenuje sztuki walki i gra na gitarze.
- Ooo... to fajny... - uśmiechnełam się - Ale ja go chyba nie znam.
- Nie, nie znasz. Spotkałam go jak szłam ze znajomymi do pizzerii. Jest dobrym kumplem Derka.
- Derka znam.
- Tak wiem. A w ogóle to czemu gadamy o chłopakach? To nie w naszym stylu. - powiedziała zielonooka
- Tak jakoś wyszło. - zaśmiałam się
- Jeszcze dwa tygodnie i Kasandra wyprawia swój urodzinowy bal. Zaprosiła całą naszą klasę. - westchneła szatynka
- Taa... i pomyśleć że kiedyś kolegowałam się tą pustą blondyną. - powiedziałam
- Ja też i co z tego. Kiedyś była bardzo fajna, ale do czasu gdy jej ojciec nie założył własnej firmy i nie stali się bogaci. Teraz kumpluje się z elitą.
- Ano... pieniądze zmieniają ludzi...
- No.
- A w co my się ubierzemy? - zapytałam - Nie chce się ośmieszyć.
- Ja też nie. Coś wymyślimy.
- Na zaproszeniu pisało że suknia o długości co najmniej do kolan. - powiedziałam
- Tak pamiętam. Może pójdziemy w długich sukniach? - zapytała Aylin
- A jak w niej będziesz tańczyć?
- Normalnie, ale ważniejsze jest kogo ze sobą weźmiemy.
- Że co? - zdziwiłam się
- Mamy przyjść z osobą towarzyszącą.
- O nie. - pacnełam się otwartą dłonią w czoło, na co szatynka się zaśmiała - Nie mam kogo zaprosić - dodałam
- Ja też nie
- Błagam cię, ty możesz zaprosić Michała, chyba że ma dziewczynę.
- Nie ma. - odparła
- No widzisz. Znasz jakiegoś chłopaka co nie ma dziewczyny a jest w miarę fajny? - zapytałam z nadzieją. Przecież Aylin zna dużo ludzi
- Tak. Jest taki jeden. Ma na imię Dann, jest szatynem o brązowych oczach.
- Super masz z nim jakiś kontakt?
- Mam jego numer telefonu a poza tym widziałam się z nim w zwszłym tygodniu na mieście.
- To super. Zadzwoń do niego. - poprosiłam - Wiesz co? Chyba zacznę chodzić z tobą na te twoje spotkania ze znajomymi. - zaśmiałyśmy się. Dalszą drogę przegadałyśmy na temat sukni na urodziny Katriny. Ustaliłyśmy że będą przed kolana w odcieniu fioletu, a Aylin ma ubrać różową suknię.
***
Gdy doszłyśmy do parku postanowiłam podzielić się z Elif tym że pojadę z nią na tą wycieczkę.
- Zastanawiałam się nad tym dość długo i stwierdziłam że raczej pojadę z tobą na tą wycieczkę. - powiedziałam
- Raczej? - zapytała Elif
- No jedź ze mną to będzie jedna z największych przygód naszego życia. Zobaczysz wszystko się zmieni. - Co niby? - zapytałam
- Sama nie wiem.
- To skąd wiesz że tak będzie?
- Tak myślę. - uśmiechneła się
- Ok. Pojadę.
- Tak! - krzykneła - Nawet nie wiesz jak się cieszę. - przytuliła mnie.
- Jestem ciekawa jak będzie wyglądać ta wycieczka... - zamyśliłam się
- Ja też. - stwierdziła.
- Cóż dowiemy się na miejscu. - powiedziałam z uśmiechem
- To na pewno. - powiedziała Elif. Czas spędzony w parku bardzo
szybko nam zleciał. Ani się nie obejrzałyśmy i była już 14,20 a o 14,45
Elif miała autobus do domu. Dość szybkim krokiem zmierzałyśmy na
przystanek. Nie czekałyśmy długo i moja przyjaciółka odjechała.
Wsadziłam do uszy słuchawki i włączyłam folder z ulubionymi piosenkami.
Muzyka dodawała mi sił i chęci na dalekie spacery. Gdy doszłam do domu
jeszcze chwilę rozmawiałam z mamą.
- Wycieczka jest dwa dni po balu u Kasandry, muszę wziąść ze sobą
jakieś pieniądze, a w kantorze wymienię nasze pieniądze na te
Afrykańskie.
- Tak wiem kochanie. - stwierdziła mama
- Ale spokojnie. Przecież zarabiam pieniądze i na pewno mi wystarczy, a wam też coś zostawię. - powiedziałam
- A co z sukienką na bal? - zapytała. Chwilę myślałam nad
odpowiedzią. No tak bal. Co ja na siebie włożę? Może uszyję ją sobie
sama. Mama kiedyś była krawcową i mamy jeszcze jakieś materiały.
- Uszyję.- powiedziałam
- Nie wiem czy starczy ci materiału.
- Nie musi to być jeden kolor. - stwierdziłam
- No tak, ale nie mogą to być same łaty. - zażartowała mama
- Nie jestem aż tak złą krawcową. - powiedziałam udając obrażony ton.
- Tak wiem. Masz już jakiś pomysł?
- Najpierw muszę zobaczyć jakie mamy kolory.
- To chodź. - powiedziała biorąc klucze od strychu. Na miejscu
zobaczyłam mnóstwo kolorowych kawałków materiałów wybrałam ciemnoróżowy i
fioletowy, tego koloru było więcej. Wrzuciłam wszystkie materiały do
pralki. Wziełam do ręki mój szkicownik, do którego niezbyt często
zaglądałam. Narysowałam wstępne projekty sukienek. Postanowiłam że
następnego dnia wezmę się za szycie. Była godzina 17,00 . Nie miałam
pomysłu na spędzenie reszty dnia. Włączyłam mojego laptopa, przeglądałam
strony internetowe i natknełam się na stare legendy i różne historie.
Poczytałam trochę na ten temat i wyłączyłam tę stronę. Nagle mnie
olśniło. Weszłam na stronę internetową firmy zajmującej się wycieczką na
którą mam jechać. Foldery i zdjęcia pokazywały rozmaite atrakcje z
których wkrótce będę korzystać. Nim się obejrzałam zegar pokazywał 21,17.
Poszłam do kuchni uszykować sobie kolację, następnie się wykompałam i
poszłam spać. Następnego dnia rano około 5,00 musiałam wstać aby na 8,00
być w pracy, jazda rowerem trwała z dwie godziny. Spakowałam do plecaka
stare ubrania, kanapki które wczoraj zrobiła mi mama i butelkę wody
mineralnej. Z piwnicy wyciągłam rower i ruszyłam w drogę. Niestety
skończył się weekend i zaczynała się praca. Z jednej strony wkurzała
mnie ta cała sytuacja, a z drugiej przynajmniej się nie nudziłam. Mama
nie miała pracy, tylko alimenty na mnie i Zacka plus rodzinne. To było
niecałe 1200 zł. Zgoda, dorabiała sobie jako krawcowa a to dawało jakieś
200 zł na miesiąc, ja pracując po szkole i czasami w soboty zarabiałam
około 700 zł miesięcznie. Inaczej było w teraz, w wakacje. Pracując tam tam
od poniedziałku do piątku od 8,00 do 17,00 zarabiałam około 1300 zł na
miesiąc. Dzięki temu mieliśmy dość dobre warunki bytowe bo przeszło 2
tysiące. Nie żałowałam tego że pracuje w gospodarstwie. Miałam z tego
mleko, jaja, sery, raz na jakiś czas mięso wieprzowe lub wołowe. Nie
narzekałam. Dzień nie był za ciepły ale zimno też nie było. Po około
dwóch godzinach byłam na miejscu.
- Dzień dobry. - przywitałam się z gospodynią
- Witam cię moja droga. - powiedziała
- Pójdę się przebrać i zaraz przyjdę. - powiedziałam kierując się
do małego pomieszczenia przy szopie. była to przebieralnia dla
pracowników. Ubrałam na siebie porządnie sprane spodnie z luźnego
dżinsu, bluzkę na długi rękaw, czerwone tenisówki z lekko odklejoną
podeszwą i szarą rozpinaną bluzę. Ubrania w których przyjechałam
schowałam do szafki i kluczyk przewiesiłam sobie na szyji. Plecak z
kanapkami i napojem wziełam ze sobą. Podeszłam do starszej kobiety która
była żoną gospodarza co zatrudnia do pomocy ludzi i dość dobrze im
płaci. W końcu 7 zł za godzinę to nie mało.
- Co mam zrobić? - zapytałam
- Mogłabyś iść z innymi dziewczynkami na pole powiązać snobki siana. - odpowiedziała kobieta
- Dobrze. - powiedziałam uśmiechając się do kobiety i poszłam na dość spore pole.
- Cześć dziewczyny. - powiedziałam do będących już tam dziewczyn
- Hej. - odpowiedziały chórem.
- To jak? Kilka z nas zbiera, reszta wiąże? - zapytałam
- Ok. - zgodziły się
- Kto co robi? - zapytała jedna z nich. Nie znałam ich imion, często nie rozmawiałyśmy.
- Ty, Olka i Kifa na pole zbierać słomę a my ją powiążemy. - powiedziała inna
- Ok. - zgodziłam się. Nie czekałam na nie, od razu zabrałam się do
pracy. Nie powiem: było ciężko. Musiałam się schylać po tą słomę,
zbierać ją i iść nie raz kawałek drogi aby zanieść to dziewczyną. Nie
byłam pewna czy one przyjeżdżały tu z przymusu czy dlatego że chcą
więcej kasy na swoje wydatki. Trochę mnie to wkurzało, ale cóż mogę na
to poradzić. Ludzie są jacy są... a ja nie mogę ich zmienić i szczerze
mówiąc nawet mi się nie chce... to daremny trud, bo oni prędzej czy
później zrobią swoje. Zaczeło się powoli ściemniać. Oczywiście i tak nie
zdążyliśmy wszystkiego zrobić i jutro - a może nawet więcej dni -
będziemy kontynuować. Spojrzałam na ten kawał pola co nam został. O
ludzie... westchnełam.
Gospodarz zaczoł dzwonić takim wielkim dzwonem co stał na podwórku,
dla nas oznaczało to koniec pracy. Szlak - pomyślałam - przez to
wszystko nic nie jadłam. Jestem głodna. Złapałam się za mój burczący z
głodu brzuch. Ych... takie są skutki myślenia o głupotach... zaśmiałam
się w duchu. Myślę i myślę, pracuję i pracuję i w końcu nic nie zjem.
Droga powrotna do domu mineła mi zaskakująco szybko. To pewnie
dlatego że prawie cały czas myślałam o nadchodzącym balu i prawie - jak
to ja - wpadłam pod samochód. Zapomniałam że za wiaduktem jest zakręt i
pojechałam środkiem ulicy. Prawie mnie potrącił, ale dzięki mojemu
refleksowi - i trąbieniu kierowcy - udało mi się wyjść z tego bez
szwanku i szybko zjechać na pobocze. Gdy dotarłam do domu od razu
poszłam się wykąpać i spać. Rano już skręcało mnie z głodu. Szybko się
ubrałam i poszłam zjeść porządne śniadanie. Następne dni mineły bardzo
monotonnie, aż w końcu nadszedł weekend, moja ulubiona pora tygodnia.
Leniwie otworzyłam oczy i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie
wskazywał że jest przed 10,00. Przekręciłam się na drugi bok i
przeciągle ziewnełam. Nie miałam zamiaru tak wcześnie - jak na moje
możliwości to wcześnie -wstawać. Ale nie dane mi było długo
poleniuchować, gdy miałam przed oczami piękny sen - nie pamiętam o czym -
do mojego pokoju wparowała Elif i bezczelnie zrzuciła mnie z łóżka
mówiąc ,, Co ty jeszcze w łóżku robisz?! Całe życie prześpisz!'' i tak
oto od rana miałam zły humor i nie miałam zamiaru przekonywać nikogo że
jest inaczej.
piątek, 17 października 2014
środa, 15 października 2014
Rozdział 2
-Sama nie wiem. - powiedziałam do mamy.
- Kochanie to może być jedyna okazja na taki wyjazd, ja na twoim miejscu byłabym szczęśliwa. - uśmiechneła się.
- Nie chodzi o to że się nie cieszę tylko...
- Tylko?
- Mam jakieś złe przeczucia co do tego wyjazdu. - powiedziałam opierając podbrudek na rogu kanapy.
- To absolutnie normalne. Pierwszy raz jedziesz gdzieś na tak długo i to tak daleko. - powiedziała - Poza tym Elif bardzo na tym zależy. - dodała. Westchnełam z rezygnacją co wywołało uśmiech na twarzy mojej rodzicielki.
- Jest już późno, idę do siebie. - powiedziałam wstając z wygodnej kanapy.
- Dobranoc. - powiedziała mama
- Dobranoc. - odparłam dając jej buziaka w policzek. Gdy byłam już w swoim pokoju poszłam się wykąpać i przebrać w piżamę. Siedząc na łóżku suszyłam moje brązowe włosy i spoglądałam na księżyc który świecił w całej swej okazałości, jego blask oświetlał mój pokój. Uwielbiałam nocne niebo, było takie piękne, tajemnicze, gwiazdy spokojnie migotały, gdy leżałam na balkonie i patrzyłam się w nie to traciłam rachubę czasu zawsze coś mnie pociągało w tym nieznanym dla ludzi świecie nocy. Wiele mitów, legend i innych historii miało początek przeważnie nocą. Dawniej powstawały przy ogniskach, opowiadane przez ludzi, nawet dzisiaj nocne opowieści na wycieczkach są tradycją. Ciekawe dlaczego tak jest? Podobno noc wytwarza odpowiedni do tego klimat, ale w końcu w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, więc czy chociaż jedna z tych historii jest prawdziwa? Jeżeli tak to która? Hmm... zabawne jak tok myślenia szybko zmienia kierunek - uśmiechnełam się sama do siebie - od nocy do legend. Spojrzałam na zegar, była 22,15. Pomyślałam o Elif i jej można powiedzieć obsesji na temat wyjazdu do Afryki. Zgoda jest tam safari, odwiedzimy nawet rezerwat lwów, program wycieczki jest naprawdę ekstra. Tylko te moje przeczucia... to mi nie daje spokoju. Może mama ma rację... to chyba przez to że to mój pierwszy wyjazd na tak daleko od domu. Przecież nie jadę sama, będzie ze mną Elif i mnóstwo innych dzieciaków i młodzieży. Chyba mam coś z głową, widzę problem tam gdzie go nie ma. Przecież ta firma organizuje te wycieczki od lat i nikt się nie skarżył. Muszę pozbyć się tych głupich myśli i uwierzyć w to że wszystko będzie dobrze. Podeszłam do okna i z parapetu wziełam książkę którą zaczełam czytać już jakiś czas temu. Opowiadała o nieszczęśliwej miłości wampira do wiedźmy. Puki co akcja się rozkręca i zapowiada się ciekawie. Usiadłam na łóżku i zaczełam czytać. Błądziłam wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu. Zegar w salonie wybił północ. Ziewnełam. Przykryłam się kołdrą i po chwili zasnełam.
- Kochanie to może być jedyna okazja na taki wyjazd, ja na twoim miejscu byłabym szczęśliwa. - uśmiechneła się.
- Nie chodzi o to że się nie cieszę tylko...
- Tylko?
- Mam jakieś złe przeczucia co do tego wyjazdu. - powiedziałam opierając podbrudek na rogu kanapy.
- To absolutnie normalne. Pierwszy raz jedziesz gdzieś na tak długo i to tak daleko. - powiedziała - Poza tym Elif bardzo na tym zależy. - dodała. Westchnełam z rezygnacją co wywołało uśmiech na twarzy mojej rodzicielki.
- Jest już późno, idę do siebie. - powiedziałam wstając z wygodnej kanapy.
- Dobranoc. - powiedziała mama
- Dobranoc. - odparłam dając jej buziaka w policzek. Gdy byłam już w swoim pokoju poszłam się wykąpać i przebrać w piżamę. Siedząc na łóżku suszyłam moje brązowe włosy i spoglądałam na księżyc który świecił w całej swej okazałości, jego blask oświetlał mój pokój. Uwielbiałam nocne niebo, było takie piękne, tajemnicze, gwiazdy spokojnie migotały, gdy leżałam na balkonie i patrzyłam się w nie to traciłam rachubę czasu zawsze coś mnie pociągało w tym nieznanym dla ludzi świecie nocy. Wiele mitów, legend i innych historii miało początek przeważnie nocą. Dawniej powstawały przy ogniskach, opowiadane przez ludzi, nawet dzisiaj nocne opowieści na wycieczkach są tradycją. Ciekawe dlaczego tak jest? Podobno noc wytwarza odpowiedni do tego klimat, ale w końcu w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, więc czy chociaż jedna z tych historii jest prawdziwa? Jeżeli tak to która? Hmm... zabawne jak tok myślenia szybko zmienia kierunek - uśmiechnełam się sama do siebie - od nocy do legend. Spojrzałam na zegar, była 22,15. Pomyślałam o Elif i jej można powiedzieć obsesji na temat wyjazdu do Afryki. Zgoda jest tam safari, odwiedzimy nawet rezerwat lwów, program wycieczki jest naprawdę ekstra. Tylko te moje przeczucia... to mi nie daje spokoju. Może mama ma rację... to chyba przez to że to mój pierwszy wyjazd na tak daleko od domu. Przecież nie jadę sama, będzie ze mną Elif i mnóstwo innych dzieciaków i młodzieży. Chyba mam coś z głową, widzę problem tam gdzie go nie ma. Przecież ta firma organizuje te wycieczki od lat i nikt się nie skarżył. Muszę pozbyć się tych głupich myśli i uwierzyć w to że wszystko będzie dobrze. Podeszłam do okna i z parapetu wziełam książkę którą zaczełam czytać już jakiś czas temu. Opowiadała o nieszczęśliwej miłości wampira do wiedźmy. Puki co akcja się rozkręca i zapowiada się ciekawie. Usiadłam na łóżku i zaczełam czytać. Błądziłam wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu. Zegar w salonie wybił północ. Ziewnełam. Przykryłam się kołdrą i po chwili zasnełam.
Byłam w ciemnym lesie, nie był to las jaki znałam, to była dżungla
jaką widziałam w filmach przyrodniczych. Szukałam czegoś, biegłam
pomiędzy pniami drzew. Doskonale rozróżniałam wszystkie kształty mimo
tego że było ciemno. W oddali usłyszałam krzyki. Wyostrzyłam swój słuch,
słyszałam wiele głosów, wyrażały przerażenie, ból, panikę i kilka
innych negatywnych emocji. Nagle niebo nad lasem rozjaśniło się ognistym
blaskiem. Gorące powietrze uderzyło mnie prosto w twarz. Zasłoniłam
oczy ręką. Zaczełam biec w tamtą stronę tak szybko jak nigdy wcześniej.
Obraz po bokach zaczoł się rozmazywać, używałam wyjątkowo sprawnego
refleksu, co dziwne wcale nie musiałam się wysilać aby to robić. Po
kilku sekundach byłam na miejscu. Stałam na skalnym wzniesieniu.
Zamarłam. Ludzie na dole płoneli, obok nich byli mężczyźni z bronią ale
nie strzelali do nich. Mój wzrok powędrował na dziewczynę która stała na
przeciwko mnie. Usmiechneła się do mnie, poruszyła ustami nie wydając
żadnego dźwięku. Z ruchu jej warg wyczytałam ,,przepraszam'', była
spokojna lecz w jej oczach widziałam strach. Rozległ się jednorazowy huk
wystrzału z broni.
Obudziłam się w środku nocy. Była 3 nad ranem. Przekręciłam się na
prawy bok. Byłam zaniepokojona tym snem. Nie wiedziałam kim była ta
dziewczyna. Czy ona uśmiechała się do mnie? Za co mnie przepraszała? Czy
ja ją znam, a może poznam? To miejsce... dżungla... . Ja posiadająca te
dziwne zdolności... nie... to jest... uhh... sama nie wiem co o tym
myśleć.
-Nie ja zwarjuje - powiedziałam łapiąc się za głowę. Muszę przestać
o tym myśleć. Starałam się zasnąć, ale moje próby odpędzenia od siebie
tego koszmaru spełzły na niczym. Już nie zasnełam.
***
Dzisiaj miałam bardzo dobry humor. Wczorajszy dzień był naprawdę
fajny. Po obiedzie pójdę do Aylin i wyciągnę ją na spacer do parku.
Muszę ją jakoś przekonać na ten wyjazd. Ale ona jest taka uparta. Co ja
mam teraz zrobić? A tam... pomyślę nad tym później. Ubrałam się w
brązową bluzkę na długi rękaw i żółte spodnie rybaczki. Moje krótkie
czarne włosy rozczesałam i założyłam na nie wąską żółtą opaskę. Na nogi
ubrałam ciemnozielone trampki z kostkę. Poszłam do kuchni zrobić sobie
śniadanie. Oczywiście mój wkurzający młodszy brat musiał mi się ciągle
plątać pod nogami i mieć wygórowane życzenia co do śniadania. W
ostateczności zrobiłam tosty i powiedziałam mu że ma się nimi zatkać i
nie gadać już nic do mnie. Żeby było śmiesznie moja matka również coś do
mnie miała, bręczała mi nad uchem przez pół godziny.
- Nie będę sprzątać zaraz po obiedzie bo idę do Aylin! A poza tym wczoraj wszystko zrobiłam! - wkurzyłam się
- Jakbyś zrobiła wszystko to byś nie musiała robić dzisiaj. - powiedziała mama
- Co niby mi zostało? - zapytałam
- Coś się znajdzie. - powiedziała
- Pff... znajdź coś dla siebie. Cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz. - powiedziałam. Matka nic nie odpowiedziała.
- No właśnie. - powiedziałam wychodząc z salonu. Trochę zmieniłam
moje plany na dzisiejszy dzień. Postanowiłam odwiedzić moją przyjaciółkę
teraz. Z pokoju zabrałam moją torebkę i portfel, w nim miałam około 20
złotych.
- Idę do Aylin! Zjem coś na mieście albo u niej! Na razie! -
krzyknełam wychodząc z domu i szybko zbiegłam na dół po schodach. Znając
życie zaraz wybiegnie za mną - pomyślałam i usłyszałam głos mamy na
korytarzu
- Elif! A kto...! - usłyszałam tylko tyle bo wyszłam z klatki
schodowej. Z torebki wycignęłam telefon i słuchawki. Stałam na
przystanku autobusowym. Po kilku minutach podjechał autobus. Wysiadłam
ulicę dalej od domu Aylin. Powolnym krokiem szłam przez skwerek. Na
ostatniej prostej zobaczyłam Aylin idącą gdzieś.
- Aylin! - krzyknełam. Dziewczyna zaczeła iść w moją stronę. Po chwili się zrównałyśmy.
- Hej! - powiedziałam przytulając przyjaciółkę - Dokąd zmierzasz?
- Hej! Idę do sklepu. - odpowiedziała
- Przejdę się z tobą.
- Nie żebym była wredna czy coś ale nie miałaś przyjść po obiedzie? Stało się coś? - zapytała
- Aaa... weź przestań. Matka znowu chciała dać mi jakieś zadanie. Pewnie nie chce żebym gdzieś wychodziła.
- To jest dziwne. Moja mama cieszy się jak gdzieś wychodzę ze znajomymi. - powiedziała szatynka
- A mojej to chyba obojętne... - westchnęłam - Wiesz ty masz więcej znajomych niż ja i częściej gdzieś wychodzisz.
- Ale zawsze cię zapraszam, a ty przeważnie odmawiasz.
- Bo mi jest dziwnie w towarzystwie osób których nie znam. Czuję się skrępowana. - powiedziałam
- A jak masz ich poznać skoro nigdzie nie chcesz iść? - zapytała
- Ano... ni jak - uśmiechnęłam się
- No właśnie. Czasami nie rozumiem twojej logiki
- A ja twojej. Jesteś nieśmiała, spokojna a mimo to masz dużo
znajomych. Ja na twoim miejscu bym się cieszyła i chodziła z nimi na
imprezy lub gdzieś do miasta.
- Ja się cieszę uwierz mi, ale to jest często wkurzające bo nie mam
czasu tylko dla siebie, a nieraz jest mi tak bardzo potrzebny... -
powiedziała zielonooka
- Ze mną jest na odwrót. - powiedziałam
- I właśnie dlatego tak dobrze się dogadujemy. - powiedziała Aylin
biorąc koszyk na zakupy. Nawet nie zauważyłam kiedy doszłyśmy do sklepu.
Moja przyjaciółka śmiesznie wyglądała kręcąc się po sklepie z
zamyślonym wzrokiem i listą zakupów w ręce. Zauważyła że się na nią
gapię.
- No co? - zapytała robiąc zdziwioną minę. Wybuchnęłam śmiechem.
- Dziwna jesteś. - powiedziała wzruszając ramionami. Gdy już się
ogarnęłam poszłyśmy do kasy. Drogę powrotną spędziłyśmy w miłej
atmosferze.
- Już jestem. - powiedziała Aylin wchodząc do swojego domu - Jest ze mną Elif. Spotkałam ją po drodze do sklepu. - dodała
- Elif?- zdziwiła się pani Sara. Właśnie zaczesywała swoje czarne sięgające ramion włosy w kitkę.
- Tak to ja. Dzień dobry. - powiedziałam
- Witam cię. - odpowiedziała - Usiądź sobie - wskazała na krzesło przysunięte do stołu. Z chęcią to zrobiłam.
- Jak tam ci dzień mija? - zapytała mama Aylin
- Eee... tak sobie.
- Dlaczego? - zapytała kobieta
- Mama mnie od rana wkurzyła tym że mam robić porządki domowe. - powiedziałam
- Ale to normalne że dzieci powinny pomagać rodzicom w obowiązkach domowych. - powiedziała
- Tak wiem. Tylko rzecz w tym że wczoraj wysprzątałam cały dom a ona dzisiaj kazała mi jeszcze coś zrobić tylko nie miała co mi dać i powiedziała że coś wymyśli. Wkurzyłam się i powiedziałam jej że ma sama,coś zrobić a nie cały dzień siedzi w domu i się obija. - krótko opowiedziałam zdarzenie z dzisiejszego dnia. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Była godzina 11,23.
- Twoja mama trochę przesadziła. - powiedziała pani Sara
- Ano - westchnęłam - Ona ma tendencje do przesadzania.
- Widzisz tak czasami bywa. - powiedziała kobieta stając od stołu gdy woda już się gotowała. Zaparzyła dwa kubki herbaty.
- Ile słodzisz? - zapytała
- Trzy łyżeczki. - powiedziałam. Pani Sara przysunęła mi kubek a ten dla Aylin położyła na blacie.
- Gdzie jest Aylin? - zapytałam
- Chyba poszła do łazienki. - odpowiedziała
- Aha - mruknęłam.
- Najwyższy czas brać się za obiad. - powiedziała kobieta - Ile zjesz ziemniaków? - zapytała
- Dwa. - uśmiechnęłam się, choć zrobiło mi się przykro i byłam lekko zdenerwowana. Na to oczywiście weszła Aylin. Czemu nie?Nie chciałam ich obciążać moją osobą, tym bardziej że ich sytuacja finansowa pozostawiała wiele do życzenia. Aylin w wakacje jeździła na rowerze do jakiegoś gospodarza co ma farmę poza miastem, około 8 km od wyjazdu z miasta. W roku szkolnym po szkole szła do pracy na zmywak do jakieś restauracji. Zapieprzała jak głupia za jakieś psie pieniądze a wszystko po to aby odciążyć choć trochę matkę. Jej starszy brat zawinoł dupę i wyjechał, zapomniał że ma rodzinę,ojciec jest ostatnim, kompletnie nieodpowiedzialnym dupkiem i nawet nie chcę o nim myśleć. Ma jeszcze młodszego dziesięcioletniego brata. Co z tego że mają alimenty i rodzinne? Co to jest za życie jeżeli 600zł muszą wysyłać jej głupiemu braciszkowi? Odpowiedź: żadne. A mimo to nigdy nie narzekają. Westchnełam.
- Coś się stało? - zapytała Aylin
- Nie no co ty. - podrapałam się nerwowo po głowie - Zamyśliłam się tylko.
- Na pewno? - zapytała szatynka. Wydawało mi się jakby jej wzrok potrafił odkryć przed nią każdą tajemnicę, a mimo to nikomu by jej nie zdradziła. Przy niej człowiek nie musiał nikogo udawać. Biło od niej ciepło i zrozumienie dla innych. Z kimkolwiek by nie rozmawiała to zyskiwała u tej osoby szacunek. Ona potrafiła cenić ludzi. Jak ja się cieszę że mam taką przyjaciółkę jak ona.
-Na pewno. - odpowiedziałam pewnie. Aylin tylko spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem którego znaczenia nie umiałam rozszyfrować na co się do niej uśmiechnełam. Czy ona zawsze musi wiedzieć jaki mam humor? - zastanawiałam się - może potrafi to wyczuć... Wstałam od stołu i biorąc kubek z gorącą herbatą poszłam za dziewczyną do jej pokoju.
- Już jestem. - powiedziała Aylin wchodząc do swojego domu - Jest ze mną Elif. Spotkałam ją po drodze do sklepu. - dodała
- Elif?- zdziwiła się pani Sara. Właśnie zaczesywała swoje czarne sięgające ramion włosy w kitkę.
- Tak to ja. Dzień dobry. - powiedziałam
- Witam cię. - odpowiedziała - Usiądź sobie - wskazała na krzesło przysunięte do stołu. Z chęcią to zrobiłam.
- Jak tam ci dzień mija? - zapytała mama Aylin
- Eee... tak sobie.
- Dlaczego? - zapytała kobieta
- Mama mnie od rana wkurzyła tym że mam robić porządki domowe. - powiedziałam
- Ale to normalne że dzieci powinny pomagać rodzicom w obowiązkach domowych. - powiedziała
- Tak wiem. Tylko rzecz w tym że wczoraj wysprzątałam cały dom a ona dzisiaj kazała mi jeszcze coś zrobić tylko nie miała co mi dać i powiedziała że coś wymyśli. Wkurzyłam się i powiedziałam jej że ma sama,coś zrobić a nie cały dzień siedzi w domu i się obija. - krótko opowiedziałam zdarzenie z dzisiejszego dnia. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Była godzina 11,23.
- Twoja mama trochę przesadziła. - powiedziała pani Sara
- Ano - westchnęłam - Ona ma tendencje do przesadzania.
- Widzisz tak czasami bywa. - powiedziała kobieta stając od stołu gdy woda już się gotowała. Zaparzyła dwa kubki herbaty.
- Ile słodzisz? - zapytała
- Trzy łyżeczki. - powiedziałam. Pani Sara przysunęła mi kubek a ten dla Aylin położyła na blacie.
- Gdzie jest Aylin? - zapytałam
- Chyba poszła do łazienki. - odpowiedziała
- Aha - mruknęłam.
- Najwyższy czas brać się za obiad. - powiedziała kobieta - Ile zjesz ziemniaków? - zapytała
- Dwa. - uśmiechnęłam się, choć zrobiło mi się przykro i byłam lekko zdenerwowana. Na to oczywiście weszła Aylin. Czemu nie?Nie chciałam ich obciążać moją osobą, tym bardziej że ich sytuacja finansowa pozostawiała wiele do życzenia. Aylin w wakacje jeździła na rowerze do jakiegoś gospodarza co ma farmę poza miastem, około 8 km od wyjazdu z miasta. W roku szkolnym po szkole szła do pracy na zmywak do jakieś restauracji. Zapieprzała jak głupia za jakieś psie pieniądze a wszystko po to aby odciążyć choć trochę matkę. Jej starszy brat zawinoł dupę i wyjechał, zapomniał że ma rodzinę,ojciec jest ostatnim, kompletnie nieodpowiedzialnym dupkiem i nawet nie chcę o nim myśleć. Ma jeszcze młodszego dziesięcioletniego brata. Co z tego że mają alimenty i rodzinne? Co to jest za życie jeżeli 600zł muszą wysyłać jej głupiemu braciszkowi? Odpowiedź: żadne. A mimo to nigdy nie narzekają. Westchnełam.
- Coś się stało? - zapytała Aylin
- Nie no co ty. - podrapałam się nerwowo po głowie - Zamyśliłam się tylko.
- Na pewno? - zapytała szatynka. Wydawało mi się jakby jej wzrok potrafił odkryć przed nią każdą tajemnicę, a mimo to nikomu by jej nie zdradziła. Przy niej człowiek nie musiał nikogo udawać. Biło od niej ciepło i zrozumienie dla innych. Z kimkolwiek by nie rozmawiała to zyskiwała u tej osoby szacunek. Ona potrafiła cenić ludzi. Jak ja się cieszę że mam taką przyjaciółkę jak ona.
-Na pewno. - odpowiedziałam pewnie. Aylin tylko spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem którego znaczenia nie umiałam rozszyfrować na co się do niej uśmiechnełam. Czy ona zawsze musi wiedzieć jaki mam humor? - zastanawiałam się - może potrafi to wyczuć... Wstałam od stołu i biorąc kubek z gorącą herbatą poszłam za dziewczyną do jej pokoju.
wtorek, 14 października 2014
Rozdział II
Wszedłem do mieszkania, zamykając drzwi z impetem. Po chwili z salonu wyłonił się Brayan, który jest moim współlokatorem i wampirem.
- Już wróciłeś z polowania ? Zaskakująco szybko jak na ciebie. - powiedział z cwanym uśmiechem
- Mój brat Kris wrócił do miasta.
- Nie gadaj, serio ?
- Tak i drań odebrał mi coś mojego, ale odzyskam ją ! - odpowiedziałem, pewny siebie i zdeterminowany
- Ją ? Masz na myśli dziewczynę ?
- Nie byle jaką Brayan, tylko piękną szatynkę o zielonych jak młoda trawa oczach. Jej uroda mnie zahipnotyzowała, a krew mało nie zwaliła mnie z nóg. - opowiadałem mając obraz nieznajomej przed oczami
- Z twojej wypowiedzi wnioskuję, że ta piękność staje się jedną z nas.
- Owszem, ale znając mojego brata będzie chciał zrobić wszystko aby nie dopuścić do przemiany.
- Co on może zrobić, jad krąży już w żyłach dziewczyny, nic na to nie poradzi.
- Kris to anioł, upadły ale jednak anioł do tego nie głupi. Spróbuje wszystkiego, aby ocalić jej duszę przed moim mrokiem. - ostatnie słowa wypowiedziałem bardziej do siebie.
***
Siedziałem przy nieznajomej już trzy godziny lecz nic się nie działo. Jedyne co pozwalało mi na razie być spokojnym to znak, który w pewien sposób łączył mnie teraz z nieprzytomną szatynką. Jakąś godzinę po tym jak umieściłem go na niej uświadomiłem sobie, że będę miał przez to niemałe kłopoty. Rada upadłych wyczuje nowego członka jak tylko przemiana się dokona. Z rozmyślań wyrwał mnie krzyk, natychmiast wstałem z fotela i podbiegłem do dziewczyny. Dotknąłem jej czoła, było rozpalone jak i reszta ciała. Poszedłem do łazienki po miskę z zimną wodą i ręczniki. Po minucie wróciłem i ułożyłem zimny okład na czole, jak przypuszczam siedemnastolatki. Pół godziny później temperatura zaczęła maleć. Krzyki również ustały. Po kolejnych trzydziestu minutach gorączka ustąpiła całkowicie, spokojniejszy usiadłem z powrotem w fotelu. Wiedziałem, że powinienem cały czas czuwać, ale zmęczenie wzięło górę i usnąłem.
***
Obudziłam się czując na sobie miękką pościel.
- Chwila, ale jak to możliwe ? Przecież byłam w parku i ... - przerwałam rozmyślania gwałtownie otwierając oczy i podnosząc się, co było błędem bo głowa rozbolała mnie tak jak bym dostała cegłą. Chwiejnym krokiem wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. To nie był mój pokój. Na przeciwko łóżka w fotelu siedział, a raczej spał chłopak. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale był bardzo przystojny. Miał krótkie blond włosy, dobrze zbudowane ciało i nawet będąc zgarbionym w fotelu wydawał się wysoki. Przeczesując dalej wzrokiem sypialnię dostrzegłam szafę z lustrem. Podeszłam do niej i krzyknęłam przerażona widząc swoje odbicie.
***
Zbudził mnie przeraźliwy krzyk. Zerwałem się z fotela. Spojrzałem na łóżko, lecz dziewczyny tam nie było, stała teraz przed lustrem z przerażeniem patrząc na swoje odbicie. Jej skóra była bledsza, w brązowych włosach pojawiły się czerwone pasemka, ale najbardziej zaskoczyły mnie skrzydła koloru krwi, które wyrastały z jej pleców.
- Jak to możliwe ? Przecież Bóg odebrał je upadłym. - pytałem siebie, nie mogąc uwierzyć w to co widzę. - Nieważne, później poszukam odpowiedzi. - powiedziałem. Podszedłem do anielicy, ta dostrzegając mój ruch odwróciła się i ledwo dosłyszalnym, przestraszonym głosem zapytała :
- Co ty mi zrobiłeś ?
- Uratowałem twoją duszę.
- Niby przed czym ?
- Przed pochłonięciem jej przez zło, które zaszczepił mój brat William w tobie. - jego imię wypowiedziałem z pogardą, ale i smutkiem
- Zaszczepił ? Jak ? - była coraz bardziej przerażona
- Ugryzł cię, on jest wampirem. - w tym momencie dziewczyna, która i tak już przyciskała plecy do ściany, osunęła się po niej, zakrywając twarz dłońmi. Usłyszałem, jak cicho płacze. Przykucnęłam obok niej, zsunęła ręce z twarzy. Spojrzała na mnie i powiedziała :
- Boże jestem potworem. - jej głos przepełniała gorycz
- Wybacz, ale nie mogę się z tym zgodzić. Ludzie powiadają, że oczy są odzwierciedleniem duszy, w twoich nie zauważyłem czającej się bestii. - spojrzenie dziewczyny wyrażało tyle bólu i smutku, jednak to nie były nowe odczucia tylko od dawna skrywane
- Ty też jesteś wampirem ?
- Nie, upadłym aniołem.
- Twoja dusza nie wygląda na upadłą, raczej jest samotna i bardzo zraniona. - mówiła lekko spokojnym głosem. Posłałem jej delikatny uśmiech.
- Doskonale mnie rozszyfrowałaś. - podniosłem się i wyciągnąłem rękę w jej kierunku. Chwilę się wąchała, ale w końcu podała mi swoją. Delikatnie lecz zwinnym ruchem podniosłem ją z ziemi.
- Mam na imię Kristopher.
- A ja Syntia.
- Twoje imię jest rzadko spotykane, ale równie piękne.
- Moja mama pochodziła z Meksyku, nadała mi takie imię, abym przypominała jej rodzinny dom. - kiedy wypowiadała te słowa, na jej twarzy znów było widać cierpienie
- Powiedziałeś, że jesteś upadłym aniołem, ze swojego wyglądu wnioskuję, że ja również. Nie rozumiem tylko jak to możliwe skoro ugryzł mnie wampir. - zmieniła temat, ewidentnie nie chciała mówić o matce, jednak czułem jaka jest prawda, zapewne dzięki wiążącemu nas znakowi, ale nawet głupi by się zorientował o co chodzi. Nie zamierzam jednak wypytywać Synti, jeśli zechce to sama powie.
- William jest bardzo złą osobą, poprzez ugryzienie każdy wampir przekazuje cechy swojego charakteru. Nie mogłem pozwolić, abyś stała się taka jak mój brat, więc w miejscu gdzie masz serce umieściłem znak upadłych. Czyniąc to poniekąd powiązałem swoją duszę z twoją, niestety nie zmienia to faktu że jesteś w połowie wampirem, ale przynajmniej niweluje zło Willa.
- Jak stałeś się upadłym aniołem ? Czuję w tobie dobro. - powiedziała z pewnością w głosie
- Popełniłem błąd, za który zostałem ukarany tak jak wielu innych upadłych. Nie oznacza to jednak, że są źli do szpiku kości.
- Jaki błąd ty popełniłeś ?
- Ocaliłem mojego brata. - odpowiedziałem beznamiętnym tonem
- To niesprawiedliwe, każdy na twoim miejscu pragnął by ocalić swoich bliskich bez względu na to jacy są. - powiedziała wyraźnie oburzona
- Przez moją głupotę wielu ludzi straciło życie lub stało się potworami. - głos zaczął mi się łamać. Syntia podeszła do mnie, położyła rękę na ramieniu i powiedziała :
- Wybacz ale nie mogę się z tobą zgodzić, jak sam powiedziałeś ocaliłeś mnie.
- Gdyby nie ja, William w ogóle by cię nie ugryzł.
- Wiesz z jaką myślą znalazłam się dzisiaj w parku ? Wnioskując z twojej miny pewnie nie, to ci powiem. Miałam dość swojego życia. Półtora roku temu moja mama zginęła w wypadku. Od tamtego czasu ojciec przestał żywić do mnie jakiekolwiek pozytywne uczucia. Mój brat odszedł ponieważ zakochał się w dziewczynie, której tata nie chciał zaakceptować. Żeby tego było mało mój chłopak całował się z moją najlepszą przyjaciółką. Po tym wszystkim chciałam umrzeć. Popełniła bym samobójstwo, tego dnia moje życie by się skończyło. To dzięki tobie Kris nadal żyję i mogę zacząć od nowa.
- To co mi powiedziałaś jest przykre, bardzo dużo przeszłaś.
- Owszem ale to wszystko należy już do przeszłości, bo dziś zaistniałam na nowo.
- Już wróciłeś z polowania ? Zaskakująco szybko jak na ciebie. - powiedział z cwanym uśmiechem
- Mój brat Kris wrócił do miasta.
- Nie gadaj, serio ?
- Tak i drań odebrał mi coś mojego, ale odzyskam ją ! - odpowiedziałem, pewny siebie i zdeterminowany
- Ją ? Masz na myśli dziewczynę ?
- Nie byle jaką Brayan, tylko piękną szatynkę o zielonych jak młoda trawa oczach. Jej uroda mnie zahipnotyzowała, a krew mało nie zwaliła mnie z nóg. - opowiadałem mając obraz nieznajomej przed oczami
- Z twojej wypowiedzi wnioskuję, że ta piękność staje się jedną z nas.
- Owszem, ale znając mojego brata będzie chciał zrobić wszystko aby nie dopuścić do przemiany.
- Co on może zrobić, jad krąży już w żyłach dziewczyny, nic na to nie poradzi.
- Kris to anioł, upadły ale jednak anioł do tego nie głupi. Spróbuje wszystkiego, aby ocalić jej duszę przed moim mrokiem. - ostatnie słowa wypowiedziałem bardziej do siebie.
***
Siedziałem przy nieznajomej już trzy godziny lecz nic się nie działo. Jedyne co pozwalało mi na razie być spokojnym to znak, który w pewien sposób łączył mnie teraz z nieprzytomną szatynką. Jakąś godzinę po tym jak umieściłem go na niej uświadomiłem sobie, że będę miał przez to niemałe kłopoty. Rada upadłych wyczuje nowego członka jak tylko przemiana się dokona. Z rozmyślań wyrwał mnie krzyk, natychmiast wstałem z fotela i podbiegłem do dziewczyny. Dotknąłem jej czoła, było rozpalone jak i reszta ciała. Poszedłem do łazienki po miskę z zimną wodą i ręczniki. Po minucie wróciłem i ułożyłem zimny okład na czole, jak przypuszczam siedemnastolatki. Pół godziny później temperatura zaczęła maleć. Krzyki również ustały. Po kolejnych trzydziestu minutach gorączka ustąpiła całkowicie, spokojniejszy usiadłem z powrotem w fotelu. Wiedziałem, że powinienem cały czas czuwać, ale zmęczenie wzięło górę i usnąłem.
***
Obudziłam się czując na sobie miękką pościel.
- Chwila, ale jak to możliwe ? Przecież byłam w parku i ... - przerwałam rozmyślania gwałtownie otwierając oczy i podnosząc się, co było błędem bo głowa rozbolała mnie tak jak bym dostała cegłą. Chwiejnym krokiem wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. To nie był mój pokój. Na przeciwko łóżka w fotelu siedział, a raczej spał chłopak. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale był bardzo przystojny. Miał krótkie blond włosy, dobrze zbudowane ciało i nawet będąc zgarbionym w fotelu wydawał się wysoki. Przeczesując dalej wzrokiem sypialnię dostrzegłam szafę z lustrem. Podeszłam do niej i krzyknęłam przerażona widząc swoje odbicie.
***
Zbudził mnie przeraźliwy krzyk. Zerwałem się z fotela. Spojrzałem na łóżko, lecz dziewczyny tam nie było, stała teraz przed lustrem z przerażeniem patrząc na swoje odbicie. Jej skóra była bledsza, w brązowych włosach pojawiły się czerwone pasemka, ale najbardziej zaskoczyły mnie skrzydła koloru krwi, które wyrastały z jej pleców.
- Jak to możliwe ? Przecież Bóg odebrał je upadłym. - pytałem siebie, nie mogąc uwierzyć w to co widzę. - Nieważne, później poszukam odpowiedzi. - powiedziałem. Podszedłem do anielicy, ta dostrzegając mój ruch odwróciła się i ledwo dosłyszalnym, przestraszonym głosem zapytała :
- Co ty mi zrobiłeś ?
- Uratowałem twoją duszę.
- Niby przed czym ?
- Przed pochłonięciem jej przez zło, które zaszczepił mój brat William w tobie. - jego imię wypowiedziałem z pogardą, ale i smutkiem
- Zaszczepił ? Jak ? - była coraz bardziej przerażona
- Ugryzł cię, on jest wampirem. - w tym momencie dziewczyna, która i tak już przyciskała plecy do ściany, osunęła się po niej, zakrywając twarz dłońmi. Usłyszałem, jak cicho płacze. Przykucnęłam obok niej, zsunęła ręce z twarzy. Spojrzała na mnie i powiedziała :
- Boże jestem potworem. - jej głos przepełniała gorycz
- Wybacz, ale nie mogę się z tym zgodzić. Ludzie powiadają, że oczy są odzwierciedleniem duszy, w twoich nie zauważyłem czającej się bestii. - spojrzenie dziewczyny wyrażało tyle bólu i smutku, jednak to nie były nowe odczucia tylko od dawna skrywane
- Ty też jesteś wampirem ?
- Nie, upadłym aniołem.
- Twoja dusza nie wygląda na upadłą, raczej jest samotna i bardzo zraniona. - mówiła lekko spokojnym głosem. Posłałem jej delikatny uśmiech.
- Doskonale mnie rozszyfrowałaś. - podniosłem się i wyciągnąłem rękę w jej kierunku. Chwilę się wąchała, ale w końcu podała mi swoją. Delikatnie lecz zwinnym ruchem podniosłem ją z ziemi.
- Mam na imię Kristopher.
- A ja Syntia.
- Twoje imię jest rzadko spotykane, ale równie piękne.
- Moja mama pochodziła z Meksyku, nadała mi takie imię, abym przypominała jej rodzinny dom. - kiedy wypowiadała te słowa, na jej twarzy znów było widać cierpienie
- Powiedziałeś, że jesteś upadłym aniołem, ze swojego wyglądu wnioskuję, że ja również. Nie rozumiem tylko jak to możliwe skoro ugryzł mnie wampir. - zmieniła temat, ewidentnie nie chciała mówić o matce, jednak czułem jaka jest prawda, zapewne dzięki wiążącemu nas znakowi, ale nawet głupi by się zorientował o co chodzi. Nie zamierzam jednak wypytywać Synti, jeśli zechce to sama powie.
- William jest bardzo złą osobą, poprzez ugryzienie każdy wampir przekazuje cechy swojego charakteru. Nie mogłem pozwolić, abyś stała się taka jak mój brat, więc w miejscu gdzie masz serce umieściłem znak upadłych. Czyniąc to poniekąd powiązałem swoją duszę z twoją, niestety nie zmienia to faktu że jesteś w połowie wampirem, ale przynajmniej niweluje zło Willa.
- Jak stałeś się upadłym aniołem ? Czuję w tobie dobro. - powiedziała z pewnością w głosie
- Popełniłem błąd, za który zostałem ukarany tak jak wielu innych upadłych. Nie oznacza to jednak, że są źli do szpiku kości.
- Jaki błąd ty popełniłeś ?
- Ocaliłem mojego brata. - odpowiedziałem beznamiętnym tonem
- To niesprawiedliwe, każdy na twoim miejscu pragnął by ocalić swoich bliskich bez względu na to jacy są. - powiedziała wyraźnie oburzona
- Przez moją głupotę wielu ludzi straciło życie lub stało się potworami. - głos zaczął mi się łamać. Syntia podeszła do mnie, położyła rękę na ramieniu i powiedziała :
- Wybacz ale nie mogę się z tobą zgodzić, jak sam powiedziałeś ocaliłeś mnie.
- Gdyby nie ja, William w ogóle by cię nie ugryzł.
- Wiesz z jaką myślą znalazłam się dzisiaj w parku ? Wnioskując z twojej miny pewnie nie, to ci powiem. Miałam dość swojego życia. Półtora roku temu moja mama zginęła w wypadku. Od tamtego czasu ojciec przestał żywić do mnie jakiekolwiek pozytywne uczucia. Mój brat odszedł ponieważ zakochał się w dziewczynie, której tata nie chciał zaakceptować. Żeby tego było mało mój chłopak całował się z moją najlepszą przyjaciółką. Po tym wszystkim chciałam umrzeć. Popełniła bym samobójstwo, tego dnia moje życie by się skończyło. To dzięki tobie Kris nadal żyję i mogę zacząć od nowa.
- To co mi powiedziałaś jest przykre, bardzo dużo przeszłaś.
- Owszem ale to wszystko należy już do przeszłości, bo dziś zaistniałam na nowo.
czwartek, 9 października 2014
Rozdział I
Dzisiejszy dzień należał do grupy tych melancholijnych. Od samego rana wszystko działo się na moją niekorzyść. Kiedy wstałam i odsłoniłam zasłony ujrzałam za oknem deszcz, którego po prostu nie cierpię. Z ociąganiem poszłam do łazienki, która nawiasem mówiąc znajduje się w moim przesadnie wielkim pokoju, gdzie ściany były koloru kawy z mlekiem, w dużej mierze obklejone plakatami ulubionych zespołów muzycznych oraz z postaciami filmów fantasy. Łóżko stało przy ścianie prostopadłej do tej z oknem. Podłoga wyłożona była perskim dywanem w odcieniach czerwieni i pomarańczu. Na przeciw okna znajdowała się duża szafa z rozmaitymi ubraniami, torebkami i butami. Odkąd pamiętam, nic się w tym pomieszczeniu nie zmieniło. Urządziła je moja mama, jak i resztę pałacu. Kiedy weszłam do łazienki, dalej rozmyślając o mamie spojrzałam w lusterko i stwierdziłam, że jestem do niej uderzająco podobna. Takie same proste, długie brązowe włosy oraz zielone oczy. Lekko zaokrąglona buzia z małym nosem i dużymi ustami. Jednak nie byłyśmy takie same, mama była ode mnie wyższa, ja mam zaledwie 165 cm wzrostu, a ona prawie 175 cm, za to figurę posiadałyśmy tak samo szczupłą. Obraz mamy na nowo przywołał smutne wspomnienia. Od wypadku samochodowego, w którym zginęła minęło półtora roku, w ciągu którego zmieniło się wszystko. Ojciec wydziedziczył mojego brata Kaspiusa, ponieważ ten zakochał się w zwykłej dziewczynie i wbrew jego woli ożenił się z nią. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak tata, który jeszcze do niedawna oddał by za nas życie mógł tak postąpić. Jego zmianę zachowania zaczęłam odczuwać również ja. Stał się wobec mnie oschły, oziębły i stanowczy. Od odejścia brata, cały czas każe mi się uczyć zasad i reguł, jakie powinna znać królowa. Rzecz w tym, że ja wcale nie chcę nią zostać !!! Z rozmyślań wyrwał mnie głos służącej i zarazem koleżanki :
- Syntio musisz się pospieszyć bo spóźnisz się do szkoły, a jeszcze twój ojciec prosi abyś przyszła do jego gabinetu.
- Dziękuje Caroline.
- Nie ma za co. - powiedziała i wyszła z pokoju. Szybko dokończyłam poranną toaletę, zrobiłam delikatny makijaż i wróciłam do sypialni, aby się ubrać. Wyjęłam z szafy czarne spodnie rurki, fioletową bluzkę na ramiączkach z lekkim dekoltem, a do tego białą marynarkę i czarne buty na obcasach. Dziś postanowiłam zostawić włosy rozpuszczone, wsunęłam w nie tylko fioletową opaskę z kokardką. Chwyciwszy jeszcze torebkę z książkami zeszłam na dół do kuchni. Nie miałam czasu zjeść śniadania ponieważ dochodziło już wpół do ósmej, więc spakowałam kanapki do szkoły i poszłam spotkać się z ojcem. Kiedy weszłam do gabinetu, zobaczyłam że jak zawsze siedzi za dębowym biurkiem.
- Nie wiesz, że należy pukać ? - powiedział na przywitanie
- O ile pamiętam to przyszłam zobaczyć się z ojcem, a nie prezydentem. - odpowiedziałam sucho
- Usiądź, muszę z tobą porozmawiać. - zrobiłam, co kazał zastanawiając się o czym chce mi powiedzieć
- Jak wiesz jesteś jedyną następczynią tronu ...
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć, zamęczając tymi wszystkimi lekcjami manier i innymi pierdołami.
- Stanowisko to wiąże się z pewnymi wymaganiami. Jako przyszła królowa powinnaś cechować się dojrzałością i nienagannym stylem życia.
- Co masz na myśli ? - zapytałam, coraz bardziej podejrzewając jaka padnie odpowiedź
-Twoja garderoba, pokój i zachowanie pozostawiają wiele do życzenia i chciał bym abyś w najbliższym czasie to poprawiła.
- To jakiś żart ? - coraz bardziej irytowała mnie ta rozmowa
- Mówię całkiem poważnie.
- Więc teraz ja powiem całkiem poważnie, że nie zamierzam nic zmieniać ! ... Dlaczego tak się zachowujesz tato ? Odkąd mama odeszła stałeś się wobec mnie oschły i surowy. Czemu nie kochasz mnie już tak jak kiedyś ? - zapytałam ze smutkiem
- Bo zbyt ją przypominasz. - po tych słowach nie wytrzymałam i wybiegłam z gabinetu. Łzy wylewały się ze mnie ze mnie jak wodospad spływając po policzkach. Nie zważając na wołanie Constansa opuściłam dom i poszłam w kierunku szkoły. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam coś czego nigdy bym się nie spodziewała. Przyjaźniłam się z Casandrom od przedszkola, a teraz widzę ją całującą się z moim chłopakiem ! A Marcus ? Myślałam, że mu na mnie zależy ... Wyszłam w ich stronę, wtedy dopiero zorientowali się, że wszystko widziałam. Zatrzymałam się przed Marcusem i uderzyłam go w twarz. W tym momencie odezwała się Casandra :
- Syntio to nie miało tak wyjść, zamierzaliśmy ci powiedzieć ale ... - nie zdąrzyła dokończyć, ponieważ weszłam jej w słowo :
- Nie chcę tego słuchać ! Jeśli nie chciałeś być ze mną Marcusie wystarczyło powiedzieć, zrozumiała bym w końcu na siłę cię nie trzymałam. Jednak po mojej najlepszej przyjaciółce, takiego świństwa się nie spodziewałam.
- Wiem, że cię zawiodłam ... - odpowiedziała wlepiając wzrok w ziemię
- Zawiodłaś ? To mało powiedziane, przekreśliłaś wszystkie lata naszej przyjaźni ! Nie chcę , z wami więcej rozmawiać, cześć.
- Syntio poczekaj, to nie tak, że mi na tobie nie zależy, tylko zrozumiałem, że traktuje cię jak przyjaciółkę, a nie dziewczynę. Ostatnio miałaś dużo na głowie, problemy z ojcem, odsunęłaś się od nas ... - po tych słowach Marcusa, odwróciłam się z powrotem w ich stronę i nie ukazując żadnych emocji powiedziałam :
- Myślisz, że to usprawiedliwia wasze postępowanie ?
- Nie ale chodziło mi o to, że chcieliśmy oszczędzić ci jeszcze jednej przykrości. Zamierzałem powiedzieć prawdę, dopiero kiedy uporządkujesz swoje sprawy. Cóż, los chciał żebyś dowiedziała się wcześniej. Mam tylko nadzieję, że kiedyś nam wybaczysz.
- Być może, ale teraz muszę iść i chciała bym abyście w najbliższym czasie dali mi spokój, chcę sobie wszystko przemyśleć.
- Jeśli tego właśnie chcesz, dobrze. - odpowiedziała ze smutkiem Casandra i odeszła razem z Marcusem. W tym samym momencie z nieba lunął deszcz. Wbiegłam do budynku szkolnego, na szczęście nie zmokłam zbytnio. Pierwsza lekcja za chwilę miała się zacząć, więc poszłam pod salę od historii. Lekcje mijały spokojnie do czasu ... aż nie zaczął się angielski, który był dzielony na grupy. W mojej niestety była dziewczyna, z którą nie miałam najlepszych stosunków. Już na wejściu musiała mi dopiec:
- No kogo my tu mamy ... nasza miejscowa księżniczka. Depresja już minęła ?
- To chyba nie twoja sprawa co? - zapytałam obojętnym tonem
- A jak tam twój chłopak, Marcus ? Ach, zupełnie zapomniałam przecież on nie jest twój ! Haha, śmieszne prawda? - zapytała, a reszta grupy wybuchła śmiechem. Miałam już dość, zabrałam swoje rzeczy i opuściłam salę, nauczyciel próbował zatrzymać mnie na korytarzu, lecz nie zwracałam na niego uwagi, tylko wybiegłam ze szkoły. Na dworze nadal lało, więc moje łzy zmieszały się z kroplami deszczu. Zatrzymałam się dopiero, kiedy zorientowałam się, że jestem w parku. Zobaczyłam swoje przemoczone ubrania, wyglądałam jak siedem nieszczęść, wściekłość i rozpacz rozdzierały moje serce.
- Mam dość już swojego głupiego życia ! Za co to wszystko ? Tak bardzo chciała bym inaczej żyć ! - krzyknęłam, nie zważając na to czy ktoś mnie słyszy
***
Szedłem spokojnie przez park za kolejną ofiarą, kiedy nagle zobaczyłem biegnącą, nieziemsko piękną dziewczynę. Natychmiast zrezygnowałem z polowania i ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie się zatrzymała. Będąc dostatecznie blisko mogłem zobaczyć ją w całej okazałości. Była średniego wzrostu, szczupłą szatynką o pięknych zielonych oczach, które, co mnie zaskoczyło przyćmiewały wylewające się z nich łzy. W pewnym momencie dziewczyna krzyknęła coś co normalnie wydawało się przykre, ale mnie w tym momencie ucieszyło :
- Ma dość swojego życia ? Dam jej nowe ! - powiedziałem z entuzjazmem do siebie. Nie zastanawiając się w ogóle, momentalnie stanąłem przy dziewczynie i zatopiłem zęby w ciepłej szyi. Jej krew smakowała jak nektar, nawet nie zauważyłem kiedy przybył mój brat Kristopher jednocześnie odciągając od nieznajomej piękności.
- William, ty kretynie ! Prawie ją zabiłeś ! - krzyknął
- Chciałem tą małą tylko zmienić, lecz krew którą ma w sobie smakowała jak nektar i nie mogłem się powstrzymać. - odpowiedziałem, uśmiechając się na myśl o tym smaku
- Jesteś potworem. - odpowiedział z pogardą, podchodząc do nieprzytomnej dziewczyny.
- A ty Kris, niby taki święty jesteś ? Gdyby tak było to nie został byś wygnany z nieba panie upadły aniele. - wypowiedziałem te słowa wkładając w nie tyle jadu ile tylko potrafiłem z siebie wydobyć.
- Ja przynajmniej nie jestem mordercą. - odpowiedział beznamiętnym tonem, podnosząc dziewczynę z ziemi. Zareagowałem natychmiast :
- Co robisz ? Ona jest moja !
- Nie tym razem Will. - powiedział z triumfem malującym się na twarzy i zniknął.
- Pożałujesz tego bracie, zobaczysz. - mówiąc te słowa ruszyłem w kierunku domu.
***
- Syntio musisz się pospieszyć bo spóźnisz się do szkoły, a jeszcze twój ojciec prosi abyś przyszła do jego gabinetu.
- Dziękuje Caroline.
- Nie ma za co. - powiedziała i wyszła z pokoju. Szybko dokończyłam poranną toaletę, zrobiłam delikatny makijaż i wróciłam do sypialni, aby się ubrać. Wyjęłam z szafy czarne spodnie rurki, fioletową bluzkę na ramiączkach z lekkim dekoltem, a do tego białą marynarkę i czarne buty na obcasach. Dziś postanowiłam zostawić włosy rozpuszczone, wsunęłam w nie tylko fioletową opaskę z kokardką. Chwyciwszy jeszcze torebkę z książkami zeszłam na dół do kuchni. Nie miałam czasu zjeść śniadania ponieważ dochodziło już wpół do ósmej, więc spakowałam kanapki do szkoły i poszłam spotkać się z ojcem. Kiedy weszłam do gabinetu, zobaczyłam że jak zawsze siedzi za dębowym biurkiem.
- Nie wiesz, że należy pukać ? - powiedział na przywitanie
- O ile pamiętam to przyszłam zobaczyć się z ojcem, a nie prezydentem. - odpowiedziałam sucho
- Usiądź, muszę z tobą porozmawiać. - zrobiłam, co kazał zastanawiając się o czym chce mi powiedzieć
- Jak wiesz jesteś jedyną następczynią tronu ...
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć, zamęczając tymi wszystkimi lekcjami manier i innymi pierdołami.
- Stanowisko to wiąże się z pewnymi wymaganiami. Jako przyszła królowa powinnaś cechować się dojrzałością i nienagannym stylem życia.
- Co masz na myśli ? - zapytałam, coraz bardziej podejrzewając jaka padnie odpowiedź
-Twoja garderoba, pokój i zachowanie pozostawiają wiele do życzenia i chciał bym abyś w najbliższym czasie to poprawiła.
- To jakiś żart ? - coraz bardziej irytowała mnie ta rozmowa
- Mówię całkiem poważnie.
- Więc teraz ja powiem całkiem poważnie, że nie zamierzam nic zmieniać ! ... Dlaczego tak się zachowujesz tato ? Odkąd mama odeszła stałeś się wobec mnie oschły i surowy. Czemu nie kochasz mnie już tak jak kiedyś ? - zapytałam ze smutkiem
- Bo zbyt ją przypominasz. - po tych słowach nie wytrzymałam i wybiegłam z gabinetu. Łzy wylewały się ze mnie ze mnie jak wodospad spływając po policzkach. Nie zważając na wołanie Constansa opuściłam dom i poszłam w kierunku szkoły. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam coś czego nigdy bym się nie spodziewała. Przyjaźniłam się z Casandrom od przedszkola, a teraz widzę ją całującą się z moim chłopakiem ! A Marcus ? Myślałam, że mu na mnie zależy ... Wyszłam w ich stronę, wtedy dopiero zorientowali się, że wszystko widziałam. Zatrzymałam się przed Marcusem i uderzyłam go w twarz. W tym momencie odezwała się Casandra :
- Syntio to nie miało tak wyjść, zamierzaliśmy ci powiedzieć ale ... - nie zdąrzyła dokończyć, ponieważ weszłam jej w słowo :
- Nie chcę tego słuchać ! Jeśli nie chciałeś być ze mną Marcusie wystarczyło powiedzieć, zrozumiała bym w końcu na siłę cię nie trzymałam. Jednak po mojej najlepszej przyjaciółce, takiego świństwa się nie spodziewałam.
- Wiem, że cię zawiodłam ... - odpowiedziała wlepiając wzrok w ziemię
- Zawiodłaś ? To mało powiedziane, przekreśliłaś wszystkie lata naszej przyjaźni ! Nie chcę , z wami więcej rozmawiać, cześć.
- Syntio poczekaj, to nie tak, że mi na tobie nie zależy, tylko zrozumiałem, że traktuje cię jak przyjaciółkę, a nie dziewczynę. Ostatnio miałaś dużo na głowie, problemy z ojcem, odsunęłaś się od nas ... - po tych słowach Marcusa, odwróciłam się z powrotem w ich stronę i nie ukazując żadnych emocji powiedziałam :
- Myślisz, że to usprawiedliwia wasze postępowanie ?
- Nie ale chodziło mi o to, że chcieliśmy oszczędzić ci jeszcze jednej przykrości. Zamierzałem powiedzieć prawdę, dopiero kiedy uporządkujesz swoje sprawy. Cóż, los chciał żebyś dowiedziała się wcześniej. Mam tylko nadzieję, że kiedyś nam wybaczysz.
- Być może, ale teraz muszę iść i chciała bym abyście w najbliższym czasie dali mi spokój, chcę sobie wszystko przemyśleć.
- Jeśli tego właśnie chcesz, dobrze. - odpowiedziała ze smutkiem Casandra i odeszła razem z Marcusem. W tym samym momencie z nieba lunął deszcz. Wbiegłam do budynku szkolnego, na szczęście nie zmokłam zbytnio. Pierwsza lekcja za chwilę miała się zacząć, więc poszłam pod salę od historii. Lekcje mijały spokojnie do czasu ... aż nie zaczął się angielski, który był dzielony na grupy. W mojej niestety była dziewczyna, z którą nie miałam najlepszych stosunków. Już na wejściu musiała mi dopiec:
- No kogo my tu mamy ... nasza miejscowa księżniczka. Depresja już minęła ?
- To chyba nie twoja sprawa co? - zapytałam obojętnym tonem
- A jak tam twój chłopak, Marcus ? Ach, zupełnie zapomniałam przecież on nie jest twój ! Haha, śmieszne prawda? - zapytała, a reszta grupy wybuchła śmiechem. Miałam już dość, zabrałam swoje rzeczy i opuściłam salę, nauczyciel próbował zatrzymać mnie na korytarzu, lecz nie zwracałam na niego uwagi, tylko wybiegłam ze szkoły. Na dworze nadal lało, więc moje łzy zmieszały się z kroplami deszczu. Zatrzymałam się dopiero, kiedy zorientowałam się, że jestem w parku. Zobaczyłam swoje przemoczone ubrania, wyglądałam jak siedem nieszczęść, wściekłość i rozpacz rozdzierały moje serce.
- Mam dość już swojego głupiego życia ! Za co to wszystko ? Tak bardzo chciała bym inaczej żyć ! - krzyknęłam, nie zważając na to czy ktoś mnie słyszy
***
Szedłem spokojnie przez park za kolejną ofiarą, kiedy nagle zobaczyłem biegnącą, nieziemsko piękną dziewczynę. Natychmiast zrezygnowałem z polowania i ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie się zatrzymała. Będąc dostatecznie blisko mogłem zobaczyć ją w całej okazałości. Była średniego wzrostu, szczupłą szatynką o pięknych zielonych oczach, które, co mnie zaskoczyło przyćmiewały wylewające się z nich łzy. W pewnym momencie dziewczyna krzyknęła coś co normalnie wydawało się przykre, ale mnie w tym momencie ucieszyło :
- Ma dość swojego życia ? Dam jej nowe ! - powiedziałem z entuzjazmem do siebie. Nie zastanawiając się w ogóle, momentalnie stanąłem przy dziewczynie i zatopiłem zęby w ciepłej szyi. Jej krew smakowała jak nektar, nawet nie zauważyłem kiedy przybył mój brat Kristopher jednocześnie odciągając od nieznajomej piękności.
- William, ty kretynie ! Prawie ją zabiłeś ! - krzyknął
- Chciałem tą małą tylko zmienić, lecz krew którą ma w sobie smakowała jak nektar i nie mogłem się powstrzymać. - odpowiedziałem, uśmiechając się na myśl o tym smaku
- Jesteś potworem. - odpowiedział z pogardą, podchodząc do nieprzytomnej dziewczyny.
- A ty Kris, niby taki święty jesteś ? Gdyby tak było to nie został byś wygnany z nieba panie upadły aniele. - wypowiedziałem te słowa wkładając w nie tyle jadu ile tylko potrafiłem z siebie wydobyć.
- Ja przynajmniej nie jestem mordercą. - odpowiedział beznamiętnym tonem, podnosząc dziewczynę z ziemi. Zareagowałem natychmiast :
- Co robisz ? Ona jest moja !
- Nie tym razem Will. - powiedział z triumfem malującym się na twarzy i zniknął.
- Pożałujesz tego bracie, zobaczysz. - mówiąc te słowa ruszyłem w kierunku domu.
***
Przed zniknięciem udało mi się jeszcze dojrzeć wściekły wyraz twarzy Willa. Kilka sekund później znajdowałem się w swojej willi. Zaniosłem nieznajomą do sypialni i ułożyłem delikatnie na łóżku.
- Przemiana już się zaczęła, czuję to, ale nie mogę pozwolić abyś stała się takim potworem jak on. - powiedziałem do nieprzytomnej dziewczyny i mocą, którą posiadałem nakreśliłem znak upadłych w miejscu gdzie znajdowało się jej serce. Teraz przyszło mi już tylko czekać i mieć nadzieję.
środa, 8 października 2014
Rozdział 1
- Aylin, Elif przyszła. - powiedziała mama zaglądając do mojego
pokoju. W drzwiach stała dziewczyna o krótkich, czarnych włosach i
brązowych oczach z domieszką fioletu.
- Hej! - powiedziała siadając obok mnie na łóżku.
- Hej! Co tutaj robisz tak wcześnie? - zapytałam kładąc się na plecach.
- To ty już nic nie pamiętasz? - udała obrażoną - Przecież wczoraj do ciebie dzwoniłam.
- Ach tak, faktycznie. Mówiłaś tak szybko że nie mogłam cię zrozumieć, ale chodziło ci o jakąś wycieczkę czy coś. - powiedziałam
- No wiesz co! Widać jak mnie słuchasz.
- Słuchałam, ale nie zrozumiałam wszystkiego.
- No wiem. Czasami jak jestem podekscytowana to szybko mówię.
- Dobra mniejsza o to. Dokąd jest ta wycieczka? - zapytałam
- Gdzieś w rejony Afryki. To jest ,,Obóz przetrwania dla
młodzieży'' będą nas tam uczyć technik które pomogą nam przeżyć w
trudnych warunkach. - odpowiedziała czarnowłosa
- Nam?
- Tak nam, chciałabym abyś pojechała tam ze mną. - powiedziała błagalnym głosem. Głośno westchnełam.
- Muszę to przemyśleć. - powiedziałam
- A co tu jest do myślenia? - zapytała
- No dość dużo. - odpowiedziałam wstając.
- Gdzie idziesz?
- Przecież dzisiaj jest to wakacyjne spotkanie klasowe. Nie mów że zapomniałaś.
- No tak się przejełam wygraną że nawet o tym nie myślałam.
- Dobra pogadamy o tym z moją mamą. - powiedziałam wyciągając z
szafy mój czarno-różowy, dwuczęściowy strój kąpielowy i ciemnoniebieską
bokserkę oraz dżinsowe krótkie spodenki.
- Ok, ale po drodze wpadniemy do mnie. Muszę się przebrać. - powiedziała Elif. Uśmiechnełam się.
- A co w tym stroju jest nie tak? - zapytałam. Moja przyjaciółka
była ubrana w brązową bokserkę i kremową spódniczkę przed kolana.
- Spódniczka. - odparła
- Czemu nie chodzisz w spódniczkach i sukienkach?
- Bo nie lubię się w nich pokazywać publicznie.
- Dziwna jesteś. - skwitowałam ją. Dziewczyna się uśmiechneła. Po
chwili już siedziałyśmy w dużym pokoju z moją mamą i piłyśmy herbatę.
- No to o co chciałaś zapytać? - zapytała mama patrząc na Elif
- Chyba w połowie czerwca wypełniłam kupon którego główną wygraną
były pieniądze, ale ja wygrałam wycieczkę na obóz przetrwania dla dwóch
osób i chciałabym aby Aylin pojechała ze mną. - powiedziała Elif
- Na ile dni? - zapytała mama
- Na dwa tygodnie. - odpowiedziała czarnowłosa
- Kiedy? - zapytałam
- 14 sierpnia. - powiedziała brązowooka
- To za trzy tygodnie. - powiedziała mama - Masz jakiś folder czy ulotkę tej firmy?
- Tak mam. - powiedziała Elif wyciągając z torebki kolorowy folder reklamujący wycieczkę.
- Dobrze dziewczynki, wy idźcie na to spotkanie klasowe a ja się zastanowię. - powiedziała moja mama.
- No ok, to pa. - powiedziałam wstając. Spakowałam jeszcze ręcznik i wyszłam.
- Do widzenia. - powiedziała Elif. Po chwili czekania na przystanku
autobusowym nadjechał samochód i dojechałyśmy do domu brunetki. Elif
ubrała niebieski, jednoczęściowy strój kąpielowy i przebrała spódniczkę
na czarne krótkie spodenki. Zabrała jeszcze duży koc i ręcznik.
- Teraz idziemy do parku. - powiedziałam
- Zobaczmy czy jedzie jakiś autobus, przecież na nogach to za daleko.
- Nie bądź taka leniwa. To tylko pół godziny drogi.
- A o której godzinie mamy być na miejscu? - zapytała
- Tak o jedenastej. - odpowiedziałam
- Jest dziesiąta dwadzieścia. - powiedziała Elif
- No widzisz, mamy dużo czasu. - zażartowałam. Całą drogę rozmawiałyśmy o błahych tematach.
- O widzę ich. - powiedziała Elif
- Cześć! - krzykneła Amber.
- Hej Amber! - powiedziałam przytulając koleżankę.
- Cześć. - powiedziała Elif.
- Jak tam wam mijają wakacje? - zapytała blondynka a jej żółte oczy mieniły się dziwnym blaskiem.
- A nawet dobrze. - odparłam. Zamieniliśmy na ten temat kilka zdań po czym dołączyliśmy do reszty. Nasi koledzy i koleżanki z klasy wymyślili że najpierw pójdziemy nad sztuczny staw zwany Piaski a później na grilla do domu jednej z dziewczyn. Po drodze
rozmawiałyśmy z kilkoma dziewczynami z którymi miałyśmy lepszy kontakt.
Gdy dotarłyśmy na miejsce chwilę siedziałyśmy na kocu i rozmawiałyśmy.
- Chodźcie do wody. - powiedziała Elif. Zgodziłyśmy się. Woda była
letnia a miejscami nawet ciepła. Pływałyśmy i chlapałyśmy się wodą,
czasami oglądałyśmy wygłupy chłopaków. Na Piaskach byliśmy około pięć
godzin. Kilku chłopaków co mieszkali niedaleko poszli po swoje
samochody. Luks pożyczył busa od swojego ojca, dzięki czemu wszyscy
mogliśmy dojechać do domu Ingii. Nasza klasa liczyła 25 osób, ale na
spotkaniu było nas dziewiętnastu, bo kilka osób było w tym czasie na
wyjeździe. Grill u Ingii skończył się około dwudziestej trzydzieści.
Chłopaki odwozili wszystkich do domu.
- Pogadamy jutro. - powiedziała Elif wysiadając z samochodu kolegi.
- Jedziemy do mnie? - zapytała Amber
- Wybacz, ale jestem zmęczona. Zgadamy się przez telefon. - powiedziałam
- Ok. Aylin, myślisz że Elif mnie nie lubi? - zapytała Amber
- No co ty. - zdziwiłam się trochę jej pytaniem
- Wydaje mi się że tak jest, ale może się mylę. - zastanawiała się
- Ona cię lubi. - powiedziałam
- Na pewno?
- Na bank. - uśmiechnełam się.
- Ej Aylin to twoja okolica nie? - zapytał kolega z klasy
- Tak. Do zobaczenia. - powiedziałam wysiadając.
Witajcie!
Witamy wszystkich czytelników!
Mamy na imię Ania i Alicja, tworzymy dwa opowiadania. Każda z nas pisze własną historię ale na wspólnym blogu. Mamy po 17 lat. Dziękujemy wszystkim osobą które będą śledzić poczynania naszych bohaterów.
Mamy nadzieję że to co tutaj będziemy pisać spodoba się wszystkim czytelnikom.
Prosimy o komentarze bo to one motywują do dalszej pracy.
Pozdrawiamy serdecznie!
Mamy na imię Ania i Alicja, tworzymy dwa opowiadania. Każda z nas pisze własną historię ale na wspólnym blogu. Mamy po 17 lat. Dziękujemy wszystkim osobą które będą śledzić poczynania naszych bohaterów.
Mamy nadzieję że to co tutaj będziemy pisać spodoba się wszystkim czytelnikom.
Prosimy o komentarze bo to one motywują do dalszej pracy.
Pozdrawiamy serdecznie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
